Wiele, wiele lat temu dostałem i przeczytałem książkę autorstwa Aliny i Czesława. Centkiewiczów „Fridtjöf, co z ciebie wyrośnie”. Ta fabularyzowana biografia Nansena sprawiła, że oczyma wyobraźni zobaczyłem lody, zorzę polarną, bezkresne śniegi, tundrę, morsy i wieloryby. Lata płynęły, a marzenie trwało. Polscy żeglarze śmiało eksplorowali polarne wody. Niektórych miałem przyjemność poznać. A marzenie bardzo powoli, ale tliło się w sercu. Na fali przemian piękny stalowy kecz „Polonus” zbudowany przez poznańskie środowisko żeglarzy stał się własnością kolegi. Przez lata, sporym nakładem pracy (kilku osób) i pieniędzy (armatora, który mawia, że niektórzy zbierają znaczki, a inni wydają na jachty) poprawialiśmy jego stan. Wreszcie pod koniec sezonu 2007 padło:
PŁYNIEMY!!!

I nasza „przyprawa” (dla tych, co czytali „Kubusia Puchatka”) ruszyła (najpierw w części organizacyjnej).
Ta relacja dotyczy jednego, czwartego w kolejności etapu, z Tromsø przez Spitsbergen do Hammerfest.
Pływam od lat kierując się starym żeglarskim powiedzeniem:
„Najważniejsze z kim, potem na czym, a dopiero na końcu dokąd”
Załoga „Polonusa” składała się z ludzi, którzy w sumie mają przepłynięty dystans pewnie z Ziemi do Księżyca, na wszystkich morzach i oceanach. Razem odbyliśmy wiele rejsów. A oto oni: Andrzej – architekt z Gdańska, Blanka – biolog z Uniwersytetu, oraz reszta inżynierów (bo armator i kapitan też z tym tytułem) Leszek z Puszczykówka, Maciek – z Gdańska, Mietek – ze Śremu, Piotrek – armator, Przemek – z Poznania i piszący te słowa Krzysiek – kapitan.
Suma naszego wieku lat to około 400 lat – proszę, ileż doświadczenia na tych 14 metrach pokładu. Przynajmniej awarie nam nie straszne.
Jacht zgodnie z planem wypłynął, załogi się zmieniały, oglądały kolejne wybrzeża wyspy i fiordy, mile nawijały się na log, jacht płynął na północ. Wreszcie 10 lipca 2008 przyszedł na nas czas.
Busik niezawodnego Pana Zdzisia (tym razem z równie świetnym Panem Felkiem za kierownicą) zaczął nas zbierać począwszy od Poznania, we Wrześni oprócz kilku osób załadowaliśmy do przyczepki prowiant i wyposażenie (pewnie koło tony). W Gdańsku dosiadła reszta kolegów i prom przewiózł nas przez Bałtyk. Podróż lądowa jest dla żeglarza co nieco męcząca, więc umilaliśmy sobie czas chóralnym śpiewem, dowcipami i opowieściami.
Po drodze niepostrzeżenie przecięliśmy krąg polarny, większość z nas pierwszy raz. Rozpędzony bus wziął przeszkodę bez problemu, jednak załoga mimo wszystko postanowiła uczcić to istotne wydarzenie.

Jeszcze tylko jeden nocleg i już po przejechaniu ok. 2000 km dojechaliśmy do celu lądowego: Tromsø.
Wymiana załóg nie zajęła wiele czasu, tym bardziej, że przejmowaliśmy jacht od zacnego kapitana, który ćwierć wieku temu uczył wielu z nas porządnego, morskiego żeglarstwa. Krzysiek z załogą przywitali nas serdecznie i … zaczęło się!
Dzień polarny nastał i trwał, zabraliśmy się za sztauowanie, przegląd jachtu. To i owo było do zrobienia, ale jak wspomniałem inżynierów na pokładzie nie brakowało. Winda kotwiczna nie może się zacinać…
Pierwszej nocy zdarzyły się niektórym z kolegów telefony do żon, które były zdziwione budzeniem w środku nocy! Cóż, na wakacjach, w porcie, nie trzeba patrzeć na zegarek. Tromsø, miasto wielorybników, pięknie prezentujące się w niezachodzącym lipcowym słońcu polarnego dnia jest też miastem związanym z polarnictwem. Stąd wypłynęło wiele wielkich wypraw, w tym „Fram” Nansena.

Stad wypłynął i „Polonus”. Droga na północ zajęła dni kilka. Słaby „wmordewind” nie był nam straszny. Pobiłem swój rekord w marszu na silniku non stop. Pięć dób. Silnik po remoncie, pod troskliwym okiem Mietka zwanego (dla odróżnienia) Inżynierem palił poniżej 4 litrów na motogodzinę. Jak na popychanie 15 ton z prędkością 5 w to nieźle. My tymczasem uczyliśmy się korzystać z radaru, bowiem mgła, zgodnie z zapowiedziami schodziła nagle i trzymała raz kwadrans, a innym razem trzy dni bez przerwy. Książki komandora Kona, instrukcja i ciągłe ćwiczenie tworzyło dobry kurs radarzysty. Niektórzy z nas mieli wymagane prawem świadectwo, ale praktyka okazała się trochę rozbieżna z wiadomościami z kursu. Na szczęście pojawiały się statki, czasem nawet jedno echo „rozdwajało” się i pokazywało następny. Dobry Neptun stworzył warunki do ustawiania zakresów, czułości, ćwiczenia namiarów i określania sytuacji nautycznej z ekranu radaru. To przeskok porównywalny dla mnie z tym, który wywołało pojawienie się GPS-u. Płyniesz we mgle i mniej się boisz. Jeszcze dodamy AIS i już wszystko będzie wiadomo. Trochę to pewniejsze niż nasłuchiwanie we mgle. Oprócz „kursu radarowego” zajmowaliśmy się obserwowaniem przyrody. W ramach tych zajęć na pokładzie stworzono klub „trzech wielorybich ogonów, w tym jednego, którego nie widziałem”.

Spotkaliśmy nie tylko wieloryby (na granicy szelfu). Delfiny baraszkowały podobnie jak w tropikach (choć wyglądały inaczej – po prostu inne gatunki). Ptaki potrafiły lądować na pokładzie i podróżować na gapę kilka dni. Poza tym załoga w czasie przelotu zajmowała się głównie czytelnictwem, czasem rozmowami z dalekim krajem. Chłód stawał się coraz dotkliwszy, z doby na dobę wachty ubierały się cieplej, a pod pokładem było coraz wilgotniej. Najcieplejszym miejscem na jachcie stawało się wnętrze lodówki. Jedzenie jak to przy morskich wachtach było regularne. Technika działała. O ile w wypadku radaru było to świetne, to działanie telefonu satelitarnego powodowało, że część kolegów pracowała będąc na środku Morza Barentsa. Oj, Wielki Bracie! Przed twoim Irydium nie uciekniesz…

Wreszcie zaoczono ląd. Mimo GPS-ów, map, plotera i radaru widzącego skały Przylądka Południowego z blisko 50 mil zaskoczenie jednak było dojmujące!
Płynąłem do tego przylądka ze czterdzieści lat, jak nie więcej! I udało się!
Ląd na horyzoncie

Tak, jeszcze doba na morzu i weszliśmy do Hornsundu, aby stanąć w zatoce Białego Niedźwiedzia koło bazy polarnej Polskiej Akademii Nauk.

Z miłej współpracy z polarnikami z Bazy korzystaliśmy już na etapie przygotowań. Podpowiadali różne szczegóły, zarówno te, dotyczące pogody, jak i związane ze sprawami administracyjnym. Zresztą Maciek, niegdyś pracownik PAN-u miał wśród nich dobrych kolegów.
Kierownik zmiany w bazie, Marek Szymocha, był wyraźnie zadowolony, że oprócz pryszniców (wygodniejszych, niż na jachcie) i kawy podczas pogaduszek w mesie Bazy, oczekujemy od nich tylko informacji. Tej nie szczędzili oprowadzając nas po okolicy, pokazując przyrodę i ślady działalności człowieka. Baza nie zawsze przyjmuje jachty. Ma ograniczone możliwości. Latem obsługuje wiele okresowych działań naukowych. W końcu jest placówką badawczą, a nie schroniskiem turystycznym! Swoją drogą trzy tygodnie przed naszym przybyciem lód zablokował zatokę i dopiero przysłany lodołamacz odblokował możliwość wypłynięcia przebywającej w pobliżu bazy jednostce. Zrobiło się cieplej, z lodowca Hansa oderwało się sporo lodu. Do tego niekorzystny kierunek wiatru i wystarczyło. To jednak Arktyka.
Baza jest miejscem bardzo ciekawym i świetnie opisanym, dlatego pozwolę sobie tu zbyt wiele o niej nie pisać. To jedna z dwóch stałych polskich baz polarnych. Doskonale wyposażona całoroczna baza służąca nam od 1957 roku. Moja rówieśniczka. Druga stała baza to „Arctowski” na Antarktydzie. Baza wszystkim nam przypominała górskie schroniska, ze zdejmowaniem butów przy wejściu, mówieniem sobie na ty, informowaniem się kto i dokąd wychodzi. Ludzie są tam wspaniali, otwarci, weseli i do tego mający ogromną wiedzę. Miło oglądać niezwykłe krajobrazy Spitsbergenu z komentarzami prawdziwych znawców (np. dotyczące tzw. globalnego ocieplenia) czasem mocno odbiegającym od codzienności medialnej. Miło pobawić się z psami husky, ostrzegającymi przed misiami. Można było wysłać do znajomych zdjęcia i listy korzystając z szerokopasmowego łącza satelitarnego.

W bazie poznaliśmy ciekawych ludzi. Np. Harald i Sylvia Paul od lat rzucili życie lądowe i plątają się jachtem po świecie w poszukiwaniu przygód. Z pomocą sponsorów dają sobie radę. To z nimi umówiliśmy się na wspólną wyprawę w tundrę.
Natomiast zanim tam dotarliśmy popłynęliśmy pod czoło lodowca Hansa w głębi Hornsundu. Przemek, który niczego się nie boi, postanowił uczcić nasz pierwszy lodowiec kąpielą. Jakoś nie znalazł naśladowców, mimo, że woda była ledwie ze 3 do 4-ch stopni zimniejsza od powietrza.

Tundra
Harald jest leśnikiem, myśliwym i podróżnikiem. Z przyrodą jest za pan brat. Spotkaliśmy się w zatoce Calypso. Tam wspomagani przez dzielnego (choć maleńkiego) psa poszliśmy na wielogodzinną wyprawę w tundrę. Prosiłem Blankę, (biologa i naukowca), aby pokazała mi słynną wierzbę i brzozę karłowatą. I pokazała. Bo umie je rozpoznać po kształcie liści. Tundra Spitsbergenu to tzw. tundra niska. Grzyby są wyższe od kwiatów, kwiaty większe od drzew, a drzewa wyrastają najdalej na cal.

Tundra wyrasta w krótkim okresie polarnego lata. Paradoksem dla mnie było to, że chodzi się po mokradłach. Rozmarza tylko cienka warstwa gleby, głębiej jest wieczna zmarzlina. Dlatego woda spływająca z lodowców płynie po powierzchni. Trzeba mieć dobre, nieprzemakalne buty! A na lodowcu przydadzą się raki. I oczywiście broń.
Broń służy obronie przed białymi niedźwiedziami. Co prawda zabicie każdorazowo jest przedmiotem śledztwa i bezwzględnie nie wolno zabrać trofeów, jednak broń trzeba mieć. Prawdopodobieństwo spotkania białego misia jest ogromne (nam się trafiły w zatoce Białego Niedźwiedzia!). Do tego latem bywają głodne, bowiem bez kry trudniej im się poluje. Szansa na to, że niedźwiedź zaatakuje jest niewielka, to jednak dzikie zwierzę i w zasadzie unika ludzi. Natomiast w razie ataku bez broni szanse człowieka dążą do zera. Niedźwiedź po lądzie porusza się susami z prędkością do 60km/h, natomiast we wodzie ponton ma szanse tylko w ślizgu! A nasz kilkukonny mercury nie dawał takich możliwości. Oprócz broni nosiliśmy petardy hukowe i zwykłe czerwone rakiety jachtowe. Na szczęście nigdy nie trzeba było tego sprzętu użyć.
Chodząc po tundrze mieliśmy wrażenie, że człowiek stanął tu pierwszy raz. To jest możliwe. Na szczęście te okolice nie są (jeszcze?) intensywnie eksplorowane turystycznie. Tundra jest niezwykle wrażliwym środowiskiem. Koło bazy w Hornsundzie pokazywano nam ślady kół samochodu terenowego sprzed 40 lat!
Będąc w pobliżu Calypsobyen nie omieszkaliśmy odwiedzić bazy Uniwersytetu Marii Curie Skłodowskiej w Lublinie. Polarnicy są ludźmi niezwykle życzliwymi. Natomiast polarnicy kresowi z prof. Jurkiem Melke to w ogóle ludzie nadzwyczajni!!! Przyjęli nas po staropolsku, pokazali przekroje leżące warstwicami z kolejnych epok geologicznych. Spitsbergen zaiste jest niezwykłością geologiczną. Badania tu są gratką dla geologów, glacjologów (tego wyjaśniać chyba nie trzeba) i klimatologów, bowiem tu kształtują się atlantyckie niże wpływające na pogodę w Europie. Nad wyspą przepływa też strumień powietrza znad kontynentu euroazjatyckiego, pozwalający w jednym miejscu badać zmiany w łącznych zanieczyszczeniach atmosfery wielkiej części świata. Lubelscy akademicy opowiedzieli o swoich badaniach, pokazali sprzęt i laboratoria (tak, tak, np. w małej „hyttcie” – byłym domku traperskim mają laboratorium hydrologiczne). Na koniec ugościli istnie po królewsku. Naprawdę. Świeżo upieczony chleb, przepyszne wędliny, na deser prawdziwy sękacz. No po prostu niebo w gębie (choć na wyżywienie na pokładzie też nie narzekaliśmy).
Kotwicząc koło nich stanęliśmy najpierw kilka kilometrów od bazy w miejscu często odwiedzanym przez stałego gościa tych stron jacht „Eltanin” Jurka Różańskiego zaoczonego przez nas kilka dni później – kolegi Andrzeja z Gdańska. Jest to miejsce, w którym można podejść tak blisko brzegu, że wysiada się z dziobu na ląd suchą stopą. Jednak pogoda tak się uspokoiła, że jacht został przesunięty na kotwicowisko tuż pod bazą. Nie pytajcie, czy zostaliśmy na noc. Nocy nie było. Był polarny dzień!
Baza lubelska jest w budynkach pokopalnianych. Niezwykłością jest całkowita ochrona wszelkich śladów kultury materialnej. Zarówno śladów po hitlerowskiej radiostacji jak i butwiejącego barkasa. Na jakąkolwiek zmianę (nawet naprawę dachu) trzeba zgody gubernatora Svalbardu!

Nowoczesność trafia i tu. Jest generator prądu, telefon satelitarny. Choć polarnicy wchodzą na wzgórze i łącza się z siecią komórkową. Maszt jest niedaleko, w stolicy. Zawsze to tańsze od Iridium – jedynej sieci satelitarnej sięgającej tak daleko na północ.
Miasto
Żeglarski los kazał ruszyć dalej. Tym bardziej, że cel był nie byle jaki. Stolica!!! Największa osada na Spitsbergenie – Longyearbyen. Jakby kto pytał, to Longyear pochodzi od nazwiska założyciela, a byen – to po norwesku siedziba ludzka.
Jest tu spory port (kiedyś był duży ośrodek wydobycia węgla kamiennego, jeden z kilku na Spitsbergenie). Nota bene nie robi zbyt egzotycznego wrażenia z morza. A w porcie kapitan portu jednocześnie obsługuje dystrybutor paliwa. Skandynawowie potrafią być oszczędni. Nosi przy pasku małą UKF-kę i cały czas śledzi, co się dzieje.
Osada jest wielka jak na te okolice (do 1700 mieszkańców latem), oprócz paliwa (ceny jak na kontynencie, a w Norwegii paliwo okrętowe jest tańsze niż w Polsce), można nabrać wody, zrobić zakupy w markecie, wpaść na kawę i coś mocniejszego. Raz dziennie ląduje tu samolot z kontynentu i jest niemało turystów. To teren wiecznej zmarzliny, więc wszystkie budynki stoją na palach. W związku z tym zobaczyć można chyba najciekawszy hotel sieci Radisson na świecie:

Jak wspomniałem działają tu telefony komórkowe. Drugie takie miejsce na Spitsbergenie to rosyjski Barentsburg, odwiedzony statkiem przez Przemka. Obszar Spitsbergenu jest ważny militarnie (pozwala kontrolować wody arktyczne będące nadzwyczaj większym poligonem działania atomowych łodzi podwodnych w świecie). Ponadto jest ważny ze względu na ogromne złoża surowców ukryte pod wodami oceanu. Na razie nie da się ich eksploatować, ale w przyszłości sięgniemy i po nie. Złośliwi mówią, że Rosjanie dowożą węgiel do Barentsburga, aby uzasadnić liczebność personelu. Co ciekawe, mimo technicznej możliwości i niewielkiej odległości nie ma drogi lądowej z Longyearbyen do Barentsburga. Tylko statek służy żądnym wrażeń turystom. Jest tam wiele atrakcji, przy największej Przemek się sfotografował:

W stolicy zwiedziliśmy muzeum Instytutu Polarnego pokazujące w skandynawskodoskonały sposób zarówno faunę i florę jak i historię wysp. Niezwykłe były ryciny prezentujące wyprawę Barentsa – odkrywcy wyspy. W XVI w. mieli w swojej bazie możliwość gorącej kąpieli. W ramach wycieczek Maciek zwiedzał okolice z (podobno) ostatnim traperem jako przewodnikiem.
Wysłaliśmy kartki do znajomych, uzupełniliśmy zapasy i w drogę. Przy wyjściu, nie dość, że dogonił nas mały rib z naszym rodakiem na pokładzie to jeszcze spotkaliśmy s/v Oceanię. Nie obyło się bez krótkiej wizyty na pokładzie, tym bardziej, że Maciek miał tam oczywiście znajomych. Small world jak mawiali starożytni.
Słońce cały czas nad horyzontem. Prawie środek polarnego lata w połączeniu z refrakcją daje niezwykły efekt krążenia słońca na praktycznie stałej wysokości. Przy czym o północy słońce jest na … północy.
Lodowiec
Płynąc wśród niezwykłych krajobrazów podpłynęliśmy pod kolejny lodowiec. W pełnym słońcu i ogłuszającym huku błękitnego lodu widzieliśmy i słyszeliśmy cielenie się lodowca…
Widok niezwykły, błękit lodu powalający, huk – jak uderzenie pioruna. Ciekawe, mimo wielu aparatów nie udało się zrobić zdjęcia momentu odrywania się bryły lodu od czoła lodowca (cielenia). Tak niezwykłe dla nas zjawisko nie robiło większego wrażenia na stałych mieszkańcach tych stron.

Ten krótki przerywnik był pięknym urozmaiceniem drogi przed jej następnym celem. Zatoka kawowa (Kaffiøyra) z dala przywitała nas polską flagą. Nazwa nieprzypadkowa. Ląd pokryty jest kamieniami z dala przypominającymi kształtem i kolorem ziarna kawy. Choć mają wielkość od rozmiaru gruszki do orzecha kokosowego. I nie dają się naparzyć po zmieleniu. Oczywiście czasy są takie, że można z widzianą stacją po prostu pogadać. Można zadzwonić satelitarnie (numery wynotowałem z sieci przed wyjazdem), ale wszystkie bazy na Spitsbergenie słuchają na 16 kanale morskim. To wywołaliśmy i zapowiedzieliśmy się. Czy zaprosili – jasne. Tak odwiedziliśmy kolejną bazę. Polarnicy z Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika w Toruniu szczycą się tym, że ich baza należy do Polski. Nie jest założona w budynkach wynajętych. Po prostu – w „dawnych” czasach wylądowali na brzegu i zbudowali bazę. Stan polityczno-prawny archipelagu Svalbardzkiego regulowany jest przez Traktat Spitsbergeński podpisany w 1920 roku także przez odrodzone państwo polskie. Dzięki temu traktatowi możemy tam „od zawsze” przebywać bez wiz, mimo, że nadzór nad wyspą ma król Norwegii reprezentowany przez gubernatora (sysselmannen) dzierżącego pełnię władzy nad wyspami. Łącznie z sądowniczą.
Baza toruńska jest przepięknie położona, mały spacer doprowadza nas do wzgórze, z którego widać zatoczkę z kolejnym, będącym przedmiotem badań toruniaków, lodowcem. Są tam też zainstalowane różne urządzenia pomiarowe, w tym niezwykle fotogeniczny heliograf (dla zainteresowanych – rejestruje czas ekspozycji słonecznej).

Przemiły prof. Marek Grześ, doświadczony polarnik, wskazał nam na mapie miejsce na drugim brzegu, gdzie czasem widuje się morsy. Populacja tych zwierząt powoli odradza się na Spitsbergenie po wiekach polowań na nie. Popłynęliśmy, nawet wysadziliśmy desant, ale niestety morsów nie spotkaliśmy. Jedyny mors – to mors Haralda (ale to już temat na oddzielne opowiadanie, podobnie jak klub „trzech wielorybich ogonów, w tym jednego, którego nie widziałem”). Zanim dopłynęliśmy na do celu to rib z prof. Grzesiem, Leszkiem i Przemkiem zwiedził kawałek zatoki i odebrał pozostałych naukowców z lodowca. Tym pontonem pływają czasem do Ny Ålesund (ok. 40 mil na północ). Tam też dobry Neptun nas doprowadził.
Nikt dalej nie mieszka
Ny Ålesund to najdalej na noc wysunięta siedziba ludzka, najdalej na północ wysunięta poczta, stacja benzynowa, sklep, kawiarnia. Kiedyś była tu kopalnia, obecnie to wielka baza naukowa wielu nacji. To porcik, gdzie połączenie zwyczajów skandynawskich, wyspiarskich i polarnych powoduje, że w porcie obok rib-ów stoją kanistry z paliwem. Po prostu. Wchodząc do sklepu zdejmuje się buty. Po prostu. Poza ścieżkami nie wolno się poruszać, a próba naruszenia zakazu powoduje natychmiastowy atak ptaków broniących gniazd lub młodych. One tu mieszkają. Po prostu. To miejsce, gdzie młodzi naukowcy pasą stada piskląt ptaków badanych gatunków. Po prostu. Przy wyjściu poza osadę tabliczki przypominają, że to królestwo białego misia.
To wreszcie miejsce, z którego Amundsen startował do udanego przelotu sterowcem na biegunem, skąd Nobile rozpoczął nieszczęsny rejs „Italii”. Został po nich do dziś maszt służący kotwiczeniu sterowców.

Największą grupę naukowców stanowią Chińczycy badający możliwość uruchomienia północno wschodniej drogi morskiej, która skróciła by czas dowozu ich produktów do wiecznie zachłannej Europy. Jest tu też stacja badawcza wyposażona w ogromną antenę satelitarną. Oficjalnie – element systemu GPS. To dziwne miejsce, w którym nie wolno używać żadnych środków łączności radiowej za wyjątkiem pracujących na specjalnie dobranej do tego miejsca częstotliwości (ze względu na tę stację). W tym miejscu wielkie maszyny budują drogę na północ – ciekawe, dokąd będzie prowadzić? Jednocześnie spotkać można biwakowiczów poruszających się kajakami. Spotkanie jachtu pod żaglami, zarówno zwykłego jak i będącego małym wycieczkowcem nie należy do rzadkości.
Tak osiągnęliśmy najdalszy punkt naszego rejsu. Czas na południe!
W połowie drogi do kontynentu jest Wyspa Niedźwiedzia. Administracyjnie należy do Svalbardu. Nie mogliśmy odmówić sobie próby lądowania na wyspie, gdzie został na zawsze nasz s/y Otago, 140-tka sławna z udziału w regatach Whitbread round the World Race w latach 1973/74. Dla niektórych prehistoria, dla innych… Na podobnej 140 (s/y Joseph Conrad) w latach 1980/81 przepłynąłem Atlantyk. Dwóch kolegów z tego rejsu jest tu teraz ze mną. A kapitanem był wtedy Krzysiek, (dziś szacowny profesor) od którego odbieraliśmy jacht w Tromsø. Świat jest naprawdę bardzo mały.
Udało się. W typowej dla tych obszarów mgle, w której urozmaiceniem jest rozwiązywanie sytuacji nawigacyjnych na ekranie radaru zrobiła się przerwa umożliwiająca bezpieczne podejście do wyspy. Weszliśmy w zatokę będącą kiedyś bazą wielorybników. Zostało po nich trochę sprzętu, kotły do wytapiania tranu, resztki maszyn (może windy do wyciągania płetwali na brzeg?). Wielorybie kości. Stał też ponton, którym jakaś ekipa badaczy przypłynęła do pracy. Nasze lądowania wymagały często od załóg kąpieli w przybojowej fali. Przydałby się może większy ponton? Wyspa Niedźwiedzia była przez jakiś czas zamieszkała. Ludność pewnej zimy polarnej wymarła. Z powodu szkorbutu. Na wyspie cieszącej się połaciami trawy zawierającej duże ilości witaminy C. Dziwne bywają koleje losu. Teraz na stałe mieszka tam tylko obsada radiostacji na północnym brzegu.

Stąd już tylko kilka dni w morzu z kursem S i dopłynęliśmy do Norwegii. Dopłynęliśmy blisko Przylądka Północnego, który (sprawdźcie na morskich mapach) nie jest najdalej wysuniętym na północ przylądkiem Europy – jest nim Przylądek Nożowy, a stojąca tam poczta nie jest najdalej na północ wysuniętą placówką. Czego się nie robi dla promocji atrakcji turystycznych.
To już koniec i nie koniec, bowiem po nas kolejna załoga po raz wtóry popłynęła „Polonusem” w kierunku polarnej przygody. Rejsy sezonu 2008 odbyły się bez żadnych awarii (nie mówię o drobnych naprawach) i bez żadnych zdarzeń trudnych czy przykrych.
Oczywiście w ramach przygotowań do realizacji marzeń prowadziliśmy rozmowy z „mądrymi”. Z uwag naszego starego przyjaciela, Henryka Wolskiego, co z niejednego lodowca lód do szklanki wrzucał, najbardziej wzięliśmy sobie do serca dwie:
- „Wszelkie przygotowanie lodowe takiego jachtu mija się z celem. W lodzie się nie pływa, z lodu się ucieka.” Więc zrezygnowaliśmy z wzmocnień dziobu czy koszy chroniących śrubę.
- „Tam mgła potrafi zejść nagle i trzymać długo, bez radaru się nie wybierajcie.” I armator rad nie rad zdecydował się wydać sporo pieniędzy na porządnego, 2 stopowego Kodena.
Wyprawa była sporym przedsięwzięciem logistycznym. Zaplanowano rejs ze Szczecina do Szczecina mający 9 etapów (w tym dwie załogi odwiedzające Spitsbergen), trwający ok. 5 miesięcy, w linii prostej 5.500 Mm. Aby to się udało załogi miały do przejechania busem w sumie ok. 33 000 km i do przepłynięcia promami przez Bałtyk ok. 1200 Mm. Zaplanowaliśmy (i zrealizowaliśmy) sporą wycieczkę. Ponadto jacht, będący po klasowym remoncie kadłuba został poddany poważnym pracom:
- okresowy remont kapitalny silnika,
- przebudowa instalacji elektrycznej,
- demagnetyzacja (dzięki pomocy Marynarki Wojennej),
- znaczne udoskonalenie wyposażenia nawigacyjnego (do posiadanych radiotelefonu, pławy EPIRB, GPS-ów, echosondy, logu itp. dodano kompas satelitarny – bodaj pierwszy na polskim jachcie (rozwiązał ostatecznie ciągłe na stalowym jachcie problemy z dewiacją), ploter, radar, telefon satelitarny, przetwornice na 230 V AC, zapasowego laptopa „heavy duty”),
- doposażenie pokładu (uzupełnienie kabestanów, w tym jednoręczne Lewmary do kokpitu, rama z żurawikami na rufie do pontonu – jednocześnie podtrzymująca las anten,
- uzupełnienie wyposażenie bezpieczeństwa – przenośny, pływający radiotelefon, kombinezony pływające i kamizelki pneumatyczne (dla załóg pływających pontonem), petardy hukowe i broń gładkolufowa – pożyczona na miejscu (misie).
Czy polecam pływanie polarne – TAK, jeśli się dobrze przygotujecie. Wybrana przez nas trasa nie jest tak wyczynowa jak np. przejście pólnocno-zachodnie. Ale jest niezwykła od strony możliwości poznawczych. Niemniej szczęście (jak wiadomo) najbardziej sprzyja przygotowanym na najgorsze. A świat polarny jest tak inny od wszystkiego, co do tej pory widziałem, polarnicy są tak otwarci i przyjaźni, że teraz wiem, że było o czym marzyć przez tak wiele lat.
Stopy wody i silnych wiatrów, łaskawy czytelniku…
Krzysztof Mrowicki
Autorzy ilustracji (w kolejności alfabetycznej):
Przemysław Jarno, Krzysztof i Blanka Mrowiccy, Maciej Muzalewski, Barbara Tołkin.







