Dla Piotra Sucheni bieganie nigdy nie było wyłącznie sportem. Stało się dla niego sposobem na poznawanie świata, przekraczanie własnych granic i budowanie relacji z ludźmi na całym świecie. Rozmawiamy o maratonach rozgrywanych na siedmiu kontynentach, sile psychiki, porażkach, które uczą więcej niż sukcesy, oraz o książce „Siedem”, będącej podsumowaniem niezwykłej podróży przez wszystkie zakątki świata. Sportowiec wyjaśnia także, dlaczego każdy, kto wybiera się do Arktyki, powinien zabrać ze sobą nie tylko odwagę, ale przede wszystkim pokorę.
Piotr, jesteś dość zabiegany od trzydziestu lat. Nie jesteś już zmęczony?
Biegam już w sumie od 36 lat. Nie czuję się jakoś szczególnie zmęczony, ale też nie ukrywam, że potrzebuję trochę odpoczynku i wyciszenia. Mimo wszystko bieganie nadal sprawia mi przyjemność i wciąż coś mnie do niego przyciąga. To nie jest tak, że jestem wypalony czy że odchodzę od sportu. Raczej potrzebuję chwili oddechu, regeneracji, mentalnego odbodźcowania i złapania dystansu. Nie jestem jeszcze na etapie, w którym miałbym całkowicie przestać biegać. Jestem w momencie, w którym bardziej słucham siebie i swojego organizmu. I wiem, że ta relacja z bieganiem jeszcze się nie kończy.
„Siedem” to twoja druga książka. Zdradzasz w niej tajemnicę przebiegnięcia maratonów na wszystkich kontynentach?
Tak, to jest trochę tajemnica mojego projektu maratońskiego na wszystkich kontynentach. Połączenie pasji biegania z pasją podróżowania. Chodzi o to, żeby maraton nie był wyłącznie wydarzeniem sportowym, czysto fizycznym, ale też doświadczeniem życiowym. Podróżą, zwiedzaniem, poznawaniem ludzi i nowych kultur. Ten pomysł narodził się dopiero po zamknięciu mojego etapu stricte sportowego, po osiągnięciu wyniku 2:29 w maratonie. Wcześniej była duża presja, obciążenie psychiczne i ciągłe „muszę”. W momencie, kiedy przeszedłem w stronę łączenia biegania z podróżami, ta presja zaczęła znikać. Nadal był element rywalizacji i sportu, ale bez tego ciężaru, że coś muszę udowodnić. Inaczej planowałem też wyjazdy. Często łączyły start w maratonie z tygodniowym lub dwutygodniowym pobytem w danym kraju. To zmieniało wszystko.

Czy w swojej biegowej karierze miałeś chwile zwątpienia? Czy choć na chwilę rozstałeś się z bieganiem?
Raz w mojej karierze, w 2007 roku, miałem chwilę zwątpienia. Szykowałem się do maratonu we Wrocławiu, który ukończyłem z czasem 2:33 z małymi sekundami. Był to bardzo dobry wynik i szybkie bieganie. W drodze do tego startu byłem zmęczony psychicznie. Wychodziłem na treningi późno, około godziny 20-21. Mieszkałem w Gdańsku, musiałem godzinę dojeżdżać do pracy, później spędzić w niej 8 godzin, a potem znowu ponad godzinę wracać do domu. To było to bardzo mocne obciążenie. Pobiegłem ten maraton, ale na energetycznych i psychicznych oparach. Jeszcze później potrenowałem kilka tygodni i zawiesiłem buty na kołku do późnej jesieni.
Psychika ma duży wpływ na wyniki biegowe?
Ma ogromny wpływ na wyniki sportowe, biegowe. Na pewno w treningu długodystansowym, do maratonu. Nie możemy zapomnieć, że mamy normalne życie, pracę, rodziny i inne rzeczy, które nas blokują. Biegniemy maraton i prędzej czy później wszystko zaczyna boleć. Nogi, nieraz wątroba i śledziona. Głowa musi tak pracować, żeby odróżnić zmęczenie fizyczne, od psychicznego. Kiedy organizm mówi chłopie zwolnij, naciska hamulec, zatrzymaj się, głowa mówi „musisz dać radę”.
Można to wytrenować, czy trzeba się z tym urodzić?
Ciężko mi to powiedzieć. Ja po prostu robiłem robotę, pomimo tego, że cierpiałem i wszystko mnie bolało. Zaciskałem zęby i robiłem swoje. Trenując zawodników, widzę, jak wiele osób ma z tym problem. Przychodzi kryzys i większość niestety zwalnia, odpuszcza. No i sobie tłumaczy, dzisiaj nie dam rady, ale może dam za miesiąc. To tak zwane przyzwolenie na odpuszczanie.
Czyli jesteś zwolennikiem tego, żeby kiedy przychodzi kryzys, nie odpuszczać, tylko cisnąć?
Tak, żeby przyspieszyć. Zobaczyć, co się stanie. Ludzie boją się kryzysów i zmęczenia. Ja biegam 36 lat i nigdy nic złego mi się nie stało. Pomimo tego, że dociskałem śrubę, przyspieszałem, walczyłem, to jakoś przeżyłem.
Przekładasz to też na życie?
Tak, jedno z drugim jest bardzo powiązane. Sport ukształtował mnie jako człowieka. Jeżeli pojawią się kłopoty finansowe, rodzinne, czy inne, to wiem, że sobie z nimi łatwiej poradzę. Nie poddam się, będę próbował raz, drugi, trzeci, czwarty, a nawet piąty. Bo mam silną głowę. Sport mi pomógł, zahartował mnie.
W poprzedniej rozmowie opowiedziałeś czytelnikom Halospitsbergen.pl o swojej biegowej mantrze. Z kolei w jednym z rozdziałów książki „Siedem” piszesz o nakręcaniu się tuż przed startem. Czy przed samym wyścigiem robisz coś specjalnego, by pobudzić swój organizm do działania na wysokich obrotach?
Bardzo mocno koncentruję się na zadaniu do wykonania. Stojąc na kresce na starcie, wizualizuję sobie bieg, układam całą taktykę, patrzę się na rywali. Wyszukuję też mocne osoby. Takie, z którymi będę walczył. Całą trasę rozkładam na czynniki pierwsze i robię mapę, plan wyścigu. Nie myślę o tym, że będzie ciężko, że będę zmęczony, że nie dam rady, że nie zrobiłem treningu. Dużo miałem takich startów, do których nie byłem przygotowany. Nie mówiłem sobie wtedy przed startem, że jestem słaby i na pewno przegram, a rywale mnie wyprzedzą. Mówiłem sobie, że mam doświadczenie, zaplecze biegowe, zrobiłem tysiące kilometrów, robię to co lubię w fajnym miejscu.
Można powiedzieć, że byłeś już dosłownie wszędzie, jak każdemu artyście zapewne będzie ci trudno wybrać, ale który swój maraton wspominasz najlepiej i dlaczego? Domyślam się, ale nie będę podpowiadała.
Takich maratonów było wiele, zwłaszcza patrząc na wynik sportowy, czy stricte pod kątem ścigania się i osiągnięcia wymarzonego wyniku sportowego. Podczas maratonu we Frankfurcie złamałem te dwie i pół godziny. To było spełnienie moich marzeń. Maratonem, który mnie ukształtował najbardziej, dał mi wiele do zrozumienia, pokazał gdzie jest moje miejsce na ziemi, był bieg na biegunie północnym. Były to cztery godziny rozmowy ze sobą w naprawdę w ekstremalnych warunkach. Bardzo duże zmęczenie i temperatura odczuwalna około minus pięćdziesięciu stopni, były hardcorowe.
Prowadzisz jeszcze swoich podopiecznych. Czy osoby, które trenujesz, marzą o bieganiu w miejscach tak odległych dla zwykłych śmiertelników?
Wiele osób tak, ale dla niektórych samym wyczynem jest przebiegnięcie maratonu w Gdańsku, Krakowie czy w Warszawie. Prowadzę też osoby, które zaraziły się zwiedzaniem świata na sportowo. Niektórzy zrozumieli, że biegać można wszędzie, jeżeli się to lubi można tę pasję łączyć ze zwiedzaniem.
Napisałeś ostatnio, że podsumowujesz karierę, czy to oznacza, że nie będziesz już biegał wcale? Porzucasz swoich podopiecznych?
To było zakończenie mojej maratońskiej ulicznej kariery. Żegnam się z ulicznym, asfaltowym maratonem. Oczywiście biegów nie porzucam, nie wieszam butów na kołek. Dalej będę startować. Mam kilka ciekawych projektów w planach, ale pożegnałem się z dystansem, który najbardziej szanuję, który mnie ukształtował. Fajnie się złożyło, że było to właśnie po maratonie w Bostonie, czyli ikonie maratońskiej. Mój pierwszy maraton był w 2002 roku. 24 lata później znowu złamałem te trzy godziny i pobiegłem 2:58.
Opowiedz coś więcej o tym maratonie, bo książka nie zawiera tej akurat opowieści.
Po raz pierwszy zakończyłem swoją uliczną karierę przed wyjazdem na Spitsbergen, czyli cztery lata temu. Wtedy pomyślałem „dobra, ostatni maraton, bo syn ma się urodzić we wrześniu”. Pobiegłem wtedy 3:05, ale coś nie pozwalało mi tego definitywnie zamknąć. Miałem w sobie jakieś podświadome przekonanie, które mówiło, że to jeszcze nie koniec. W zeszłym roku wróciłem z Everestu i niedługo później pojechałem na Spitsbergen. Wszystko dlatego, że chciałem zakwalifikować się do Bostonu, ponieważ żeby tam wystartować, trzeba uzyskać odpowiedni wynik dla swojej kategorii wiekowej. To prestiżowy bieg, bo nie może pobiec tam każdy. Na przykład osoba w wieku 45 lat musi uzyskać określony czas kwalifikacyjny. Chętnych jest jednak tak dużo, że samo osiągnięcie minimum często nie wystarcza i trzeba pobiec jeszcze szybciej. To również czyni ten maraton wyjątkowym. Wiedziałem, że wciąż jestem w stanie pobiec szybko. Dziesięć dni po powrocie z Everestu pojechałem więc na Spitsbergen, oczywiście na maraton. Wiedziała o tym tylko Iwona i może jeszcze jedna czy dwie osoby. Chciałem tam wywalczyć kwalifikację do Bostonu. Udało się, pobiegłem 2:59:47. Później planowałem trochę potrenować, ale przygotowania nie potoczyły się zgodnie z planem. Po powrocie pojawiły się problemy zdrowotne, doszła kontuzja, a zima również nie sprzyjała treningom. Wiedziałem, że nie jestem odpowiednio przygotowany do tego maratonu i że będę tam bardzo mocno cierpiał. Wracając jednak do tego, o czym rozmawialiśmy wcześniej, moim atutem zawsze była głowa do maratonu. Wiedziałem, że nawet jeśli wszystko będzie mnie bolało, będę w stanie się zmobilizować i pobiec ten bieg tak, jak sobie założyłem.
I rzeczywiście tak było. Ten maraton bardzo mnie sponiewierał, kosztował mnie mnóstwo wysiłku. Do tego poniosły mnie ambicje, za mocno zacząłem, założyłem zbyt szybkie buty, nie do końca odpowiednie do mojego aktualnego poziomu przygotowania. Odezwał się też duch rywalizacji. Już po osiemnastu kilometrach wiedziałem, że od tego momentu zacznie się prawdziwe cierpienie. I tak właśnie było. Ostatnie dwanaście kilometrów było nieustanną kontrolą zegarka i matematycznymi wyliczeniami, o ile mogę zwolnić na każdym kilometrze, żeby mimo wszystko złamać trzy godziny. Na szczęście udało się to zrobić ze sporym zapasem. Uzyskałem czas 2:58:46, więc miałem jeszcze ponad minutę rezerwy. Byłem jednak kompletnie wyczerpany. Nogi bolały mnie jeszcze przez kolejne dwa tygodnie po biegu. Mięśnie czworogłowe miałem kompletnie skasowane. Bolały mnie nawet śledziona i wątroba. Czułem ból dosłownie wszędzie, w szyi, w plecach. Ten maraton naprawdę kosztował mnie bardzo dużo wysiłku. Z drugiej strony satysfakcja była ogromna. Ukończyłem maraton w Bostonie, który okazał się moim ostatnim maratonem po 24 latach biegania na tym dystansie. To było coś niesamowitego, coś, co naprawdę mocno mnie poruszyło. Kiedy biegłem przez metę, łzy same napływały mi do oczu. To był wyjątkowy moment.
6 czerwca startuje maraton na Spitsbergenie, nie kusiło cię, żeby pojechać?
Nie. Myślałem jeszcze o starcie na dystansie 10 kilometrów. Biegałem tam cztery maratony, dwa razy go wygrałem. Półmaraton biegłem raz albo dwa. Startowałem tam naprawdę często. Pomyślałem, że może pojadę jeszcze na „dychę”, ale ostatecznie stwierdziłem, że nie. Wolę wrócić tam jesienią, chyba w październiku, już na spokojnie, turystycznie.
Masz jakieś podpowiedzi dla startujących?
Podpowiedź dla osób planujących start w maratonie na Spitsbergenie jest jedna. To bardzo trudny bieg. Trasa jest wymagająca, z dużą liczbą podbiegów. Łączne przewyższenie wynosi około 400-500 metrów, a na trasie znajdują się dwa podbiegi o długości ponad trzech kilometrów. Dodatkowym wyzwaniem jest wiatr. Na Spitsbergenie bardzo często wieje, a jeśli już wieje, to zwykle prosto w twarz na odcinku wzdłuż Adventdalen. W praktyce oznacza to nawet kilkanaście kilometrów biegu pod silny wiatr. Dlatego warto dobrze przygotować się siłowo i mentalnie. Trzeba mieć świadomość, że będzie zimno, wietrznie i momentami bardzo ciężko. W zamian dostaje się jednak coś wyjątkowego, przepiękne widoki, ciszę, spokój i niezwykłą atmosferę Arktyki. Adventdalen jest po prostu cudownym miejscem. Nie ma tam tysięcy kibiców i wielkiego miejskiego zgiełku. Zamiast tego jest kameralna atmosfera, kilkaset osób na starcie i świeże, arktyczne powietrze. Oczywiście pogoda potrafi zaskoczyć. Może padać deszcz, może wiać bardzo mocny wiatr, a warunki mogą zmieniać się z godziny na godzinę. Pamiętam jeden maraton, podczas którego temperatura wynosiła zaledwie 1 stopień Celsjusza, wiatr przekraczał 70 km/h i padał deszcz. Było naprawdę ekstremalnie. Ale taki właśnie jest Svalbard. Kto jedzie do Arktyki, musi być gotowy na wszystko i przyjąć to z pokorą. Właśnie to jest w tym piękne.







Bieganie jest dla ciebie nie tylko sportem, ale i sposobem na zwiedzanie i poznawanie świata. Jak zmieniła się twoja motywacja od pierwszego do ostatniego startu?
W gruncie rzeczy byłem skupiony przede wszystkim na wyniku. Kiedy analizowałem wszystkie swoje maratony, doszedłem do wniosku, że zależało mi również na zajmowaniu miejsc na podium. Dlatego wybierałem nieco mniejsze i bardziej nietypowe maratony, takie jak na Majorce, Curaçao czy w Bangkoku. Nie koncentrowałem się na największych imprezach, takich jak Berlin czy Londyn. Chciałem, żeby w każdym starcie był również element sportowej rywalizacji i szansa na walkę o czołowe miejsca, czy to w kategorii wiekowej, czy nawet w klasyfikacji generalnej. To właśnie motywowało mnie do cięższej pracy i lepszego ścigania się. Realizując projekt siedmiu kontynentów, miałem już osiągnięty swój główny cel sportowy. Wynik 2:29 był już w nogach i ten rozdział miałem zamknięty. Mimo to motywacja wciąż była bardzo silna. Szukałem takich maratonów, w których mogłem pobiec szybko, ale jednocześnie powalczyć o jak najwyższe miejsce w swojej kategorii lub w klasyfikacji generalnej. Moja motywacja przez cały czas pozostawała więc na podobnym poziomie, zmieniał się jedynie jej kierunek. Wcześniej koncentrowała się na poprawianiu rekordów życiowych i bieganiu coraz szybciej. Później celem stała się walka o miejsca i sportową rywalizację z innymi zawodnikami.
Co jest dla ciebie trudniejsze? Wyruszyć w drogę, czy wrócić?
Ja cały czas jestem w drodze. Nigdy z tej drogi nie zrezygnowałem. Cały czas nią podążam. Miałem okazję spędzić sporo czasu z Markiem Kamińskim i to on zaraził mnie jego słynnym powiedzeniem, że to „nie cel jest najważniejszy, ale droga”. Dopiero po wielu latach naprawdę zrozumiałem sens tych słów. Przez większość życia skupiałem się na celu. To on był najważniejszy. Dopiero z czasem dotarło do mnie, że to wszystko, co dzieje się pomiędzy kolejnymi przystankami, kształtuje człowieka. To właśnie droga uczy życia, pokory, cierpliwości, radości i radzenia sobie z przeciwnościami.
Długodystansowe bieganie często porównuje się do podróży w głąb siebie. Czy ta podróż nauczyła cię czegoś o własnych granicach?
Oczywiście, była to przede wszystkim nauka o tym, jak silny jestem fizycznie i psychicznie. Mówiąc wprost, chodziło zarówno o siłę mięśni, jak i o siłę głowy. Takie doświadczenia bardzo dużo mówią o człowieku. Od 21 lat prowadzę maratończyków i innych zawodników. Widzę, że niektórzy przy stosunkowo niewielkich problemach, kiedy zaczynają boleć nogi albo pojawia się skurcz, od razu odpuszczają lub bardzo mocno zwalniają. Nie potrafią mentalnie poradzić sobie z sytuacją i dać sobie jeszcze chwili na walkę. A czasem warto po prostu porozmawiać ze swoim organizmem. Powiedzieć sobie „dasz radę, nic złego się nie dzieje, zwolnij odrobinę, weź głębszy oddech, pomyśl o czymś przyjemnym”. Oderwać głowę od bólu i popracować mentalnie, zamiast od razu naciskać hamulec. To właśnie jest ta nieustanna walka i rozmowa z samym sobą. Poznawanie własnych możliwości i sprawdzanie, na ile jeszcze możemy sobie pozwolić. Poznajemy siebie nie tylko podczas zawodów, ale przede wszystkim w codziennym treningu. Wiemy, ile czasu poświęciliśmy, ile pracy wykonaliśmy i ile energii w to włożyliśmy. Dlatego robimy kolejny krok. Potem następny. I jeszcze jeden. To jest właśnie bardzo piękne.
W książce opisujesz smak maratońskiego cierpienia, które wiem, że je kochasz. A chciałabym pomówić też o porażkach. Jak je znosić?
Uważam, że porażki też są ważne, choć oczywiście nie życzę ich nikomu. Ale właśnie te trudne momenty, kryzysy, nieudane starty czy kontuzje mają ogromną wartość. Pozwalają zrozumieć, co się naprawdę wydarzyło. Jeżeli potrafimy przeanalizować przyczynę porażki i wyciągnąć z niej wnioski, to ona bardzo często się nie powtarza. A jeśli się powtarza, to znaczy, że czegoś nadal nie zrozumieliśmy. I wtedy znowu wracamy do analizy. To jest proces nauki. Porażki są wartościowe, choć wielu ludzi się ich boi. Trudno jest spojrzeć sobie w oczy i przyznać się do błędu. Zauważyłem też, że wielu amatorów ma z tym problem. Często, mimo moich wskazówek, zawodnicy popełniają te same błędy. Na przykład jadą na maraton do Nowego Jorku, Berlina czy Honolulu i zamiast odpoczywać dzień przed startem, spacerują po mieście, zwiedzają, robią 15 kilometrów na nogach. A potem na zawodach po 20 kilometrach pojawia się kryzys, bo nogi są już zmęczone. I wtedy pada pytanie, dlaczego nie wyszło? A odpowiedź często jest bardzo prosta, bo nie został zachowany reżim przedstartowy. Tego typu informacji często brakuje w mediach społecznościowych. Ludzie widzą tylko wynik, ale nie ma refleksji, dlaczego tak się stało. A przecież to jest najcenniejsze dla innych amatorów. Dla zwykłych ludzi, którzy trenują hobbystycznie, wkładają w to ogrom pracy i przygotowują się miesiącami. I wtedy taka osoba może powiedzieć: „tak, nie wyszło, popełniłem błąd, bo w sobotę, zamiast odpoczywać, chodziłem po mieście i to mnie kosztowało wynik”.
Myślę, że jest to również ważne w szerszym kontekście. Wstyd towarzyszy dziś wielu ludziom. Uważam, że jako osoby publikujące treści, mamy odpowiedzialność pokazywania świata w szerokim kącie. Również w brzydkich, czy neutralnych barwach. Sukcesy zawsze połączone są z porażkami. Wstyd stał się czymś, co bardzo mocno „przyprawia” współczesne social media.
Niektórzy piszą „przepraszam, że was zawiodłem”. I kiedy widzę takie wypowiedzi influencerów czy blogerów sportowych po nieudanym maratonie, mam odruch, żeby wyłączyć komputer. Zastanawiam się wtedy, czy to jest usprawiedliwienie przed samym sobą, czy przed światem. I po co właściwie ta narracja? Dla mnie bardziej uczciwe byłoby proste „nie wyszło, dałem ciała, spróbuję następnym razem”. Bez nadmiaru emocjonalnych tłumaczeń, tylko konkret, co się wydarzyło i dlaczego. Czy to był źle przeprowadzony trening, brak regeneracji, problemy z aklimatyzacją po jet lagu, czy nawet coś prozaicznego, zatrucie zapiekanką. Dla innych biegaczy to jest realna wiedza, coś, z czego można wyciągnąć wnioski. Oczywiście, można się zastanawiać, czy wtedy odbiorcy byliby równie zainteresowani. Może część osób mniej by się „identyfikowała” z takim przekazem, a może nie trafialiby wtedy do trenerów czy ekspertów, bo szybciej rozumieliby, co faktycznie stoi za wynikiem.
Książka zamyka pewien etap, ale jednocześnie otwiera nowy rozdział. Czy masz jeszcze jakieś marzenia biegowe, które chciałbyś zrealizować?
Myślę, że zamyka etap bardzo dużego, ambitnego projektu biegowego, a jednocześnie otwiera nowy etap, do którego chyba dopiero dorosłem i wciąż nie jestem w nim w stu procentach. Etap biegania bardziej dla frajdy i pasji. Często mówiłem swoim zawodnikom, że im zazdroszczę. Wychodzą na maraton czy ultra i nie mają presji czasu. Nieważne, czy to będzie 3:50, 4:00 czy 4:30. Biegają dla siebie, z uśmiechem, robiąc zdjęcia, jedząc coś na trasie, rozmawiając z ludźmi, ciesząc się tym doświadczeniem. Ja wtedy miałem zupełnie inne podejście. To była jazda bez trzymanki. Zegarek, koncentracja, pełna presja. Teraz słyszę od wielu osób, że już zrobiłem swoje i mogę pobiegać na luzie. I rzeczywiście czuję, że wchodzę w etap, w którym presja sportowa będzie dużo mniejsza. Nie chodzi już o wynik, czas czy miejsce, ale o radość z biegania. Miałem kilka takich startów, gdzie kończyłem w środku lub nawet w drugiej części stawki. I zamiast analizy wyniku była myśl, że było fajnie. Rozmowy po drodze, piątki z innymi zawodnikami, dobra atmosfera. Ale do tego trzeba dorosnąć. To nie jest łatwe, bo rywalizacja była ze mną całe życie. A całkowite odpuszczenie presji też nie przychodzi naturalnie.
Książka „Siedem” jest pewnego rodzaju katharsis , o którym opowiadałeś również w naszej pierwszej rozmowie?
Tak, jest to oczyszczenie. Wyrzucenie z siebie wszystkich sportowych ambicji, założeń i presji, a jednocześnie pokazanie tego światu. Przede wszystkim jest to połączenie radości podróżowania i biegania, czasem nawet w jego bardziej „wyczynowej” formie. Maratony w takich miejscach jak Australia, Bangkok czy Spitsbergen dla wielu amatorów są spełnieniem marzeń. Dla mnie były już czymś, co w dużej mierze mam za sobą, ale nadal wymagały przygotowania i zaangażowania. I właśnie o to chodziło. Było to wyrzucenie z siebie emocji, które zbierały się przez wiele lat. I pokazanie, że wiele rzeczy jest możliwych. Trzeba tylko konsekwencji, determinacji i gotowości do ciężkiej pracy. Nie ma rzeczy niemożliwych, są tylko takie, do których jeszcze nie jesteśmy wystarczająco przygotowani.








Czujesz się bardziej sportowcem czy podróżnikiem?
Bardziej sportowcem.
Jest takie miejsce, które chciałbyś jeszcze zobaczyć?
Nowa Zelandia i Islandia. Do Grenlandii, chciałbym jeszcze wrócić, tylko bardziej na północ. W te rejony dzikie, w surowe przestrzenie. To wciąż jest dla mnie ważny kierunek. Trochę przygoda, trochę powrót do czegoś, co mnie przyciąga. No i Hornsund… to też osobna historia. Z Hornsundem wiązały się różne perypetie, ale mimo wszystko nie udało mi się tam dotrzeć. Zawsze chciałem tam pojechać.
Czy bieganie zmieniło sposób, w jaki patrzysz na ludzi i kultury?
Bieganie zmieniło moje postrzeganie świata, ludzi i miejsc, w których żyjemy. Uświadomiło mi, że żyjemy na niezwykłej planecie, na której możemy realizować swoje pasje właściwie wszędzie, bez większych ograniczeń. Najcenniejsze w tym wszystkim jest to, że dzięki bieganiu poznajemy nowe miejsca i nowych ludzi. Mam znajomych i przyjaciół na całym świecie, z którymi łączy mnie wspólna pasja. Na przykład w Bostonie spotkałem koleżankę, którą wcześniej poznałem na biegunie północnym. Spotkaliśmy się przypadkiem w sklepie. Po latach ktoś mówi: „Piotr?”, a ja odpowiadam: „Tak, to ja”. I nagle okazuje się, że łączy nas wspólna historia sprzed wielu lat. Podobnie było w Nepalu. Spotkałem tam Szerpę, którego wcześniej poznałem podczas jednego z biegów. On też mnie rozpoznał i mówi: „Piotr, myśmy razem biegli”. Takie sytuacje są czymś absolutnie niezwykłym. To pokazuje, że dzięki sportowi poznaje się różne kultury, ludzi i miejsca na całym świecie. I że świat jest naprawdę mały, a jednocześnie niezwykle ciekawy. W efekcie widzę, że życie, mimo trudności, jest piękne. Nie jest tylko zbiorem problemów. Można je odreagowywać poprzez sport, bieganie i podróże. I to daje ogromną wartość i perspektywę.
Myślę, że to jest dobre podsumowanie naszej rozmowy, ale zanim skończymy, powiedzmy czytelnikom, o czym opowiada twoja najnowsza książka
Przede wszystkim to historia człowieka, który jest prostym chłopakiem. Wychowałem się w zwykłym domu i do wszystkiego, co mam, doszedłem ciężką pracą, własnymi rękami i pasją. Dzięki temu, że się nie poddawałem. Pracowałem w różnych momentach nawet w trzech różnych miejscach, prowadząc własną działalność, działając w fundacji i jednocześnie pracując na etacie. Nic nie dostałem za darmo. Na wszystko zapracowałem sam. I myślę, że to jest najważniejsze: jeśli człowiek czegoś naprawdę chce, to może to osiągnąć. Trzeba tylko chcieć, nie poddawać się i wyciągać wnioski z trudnych momentów, z porażek, które są i będą, bo to naturalna część życia. Trzeba próbować raz, drugi, trzeci. A jeśli coś nie działa, zmienić podejście. Tak jak w treningu. Jeśli plan nie przynosi efektów, trzeba go zmodyfikować, poszukać innego rozwiązania. Organizm każdego człowieka jest inny, na jednego działa jedno, na drugiego coś zupełnie innego. I dokładnie tak samo jest w życiu. Nie ma prostych, uniwersalnych rozwiązań. Trzeba szukać, kombinować, sprawdzać różne drogi. Sport mnie tego nauczył, a potem przeniosłem to na całe życie. Najważniejsze to się nie poddawać i być gotowym na zmiany.















