Sześcioosobowa załoga statku JoinUs (kapitan Marek Kapołka) wyrusza w rejs po arktycznych wodach, podczas którego przez wiele dni będzie przemierzać kolejne mile morskie. Przez następne tygodnie będziemy przekazywać Wam wiadomości z pokładu. Relacja Łucji Szwedo będzie docierać do nas z Arktyki za pośrednictwem łączności satelitarnej, a my będziemy publikować ją na Halo Spitsbergen, abyście mogli śledzić przebieg rejsu. Co dzieje się na pokładzie, z czym mierzy się załoga i czy warunki pogodowe pozwolą opłynąć Svalbard? Od momentu wyjścia statku z portu w Longyearbyen (za około 30 minut) będziemy starali się przybliżać Wam tę niezwykłą wyprawę. Zapraszamy na pokład!


Dzień 1. Wiadomość z pokładu: Dopłynęliśmy do Trygghamny i tu zostajemy na noc. Mieliśmy dobry wiatr, stoimy na kotwicy, mamy spokojne morze, ale spodziewamy się silniejszego wiatru jutro, prawdopodobnie wypłyniemy dopiero jutro wieczorem i spróbujemy dopłynąć do NyAlesund. Pogoda dobra, morale wysokie, humory dopisują.


Dzień 2 (godzina 1:28, noc). Wiadomość z pokładu: Mam teraz wachtę kotwicową, więc opiszę rytm dnia i jak pracujemy na jachcie. Załoga to 6 osób, każdy z nas niezależnie od funkcji i doświadczenia musi pracować. Mamy grafik, są 3 rodzaje wacht, każda z nich po 2 godziny. Wachta sterowa na decku: osoba pełniąca wachtę stoi za kołem i to ona przez dwie godziny utrzymuje kurs jachtu, ustalony przez kapitana.
W czasie tych dwóch godzin nie może opuścić steru. Ster znajduje się na decku, na zewnątrz, czasem to są ciężkie dwie godziny. W czasie słonecznej pogody czysta przyjemność – w silnym zimnym, wietrze – możesz sobie wyobrazić.
Wracając do wacht: w tym samym czasie osoba, która kończy poprzednią wachtę sterową zaczyna wachtę nawigacyjną: kolejne 2 godziny. Wachtę pełni w mesie, w tym czasie sprawdza odczyty, co godzinę notuje to w dzienniku i jest ważnym wsparciem osoby sterującej. Gdyby ta np. potrzebowała zejść do toalety lub ogrzać się chwilę – może ją zastąpić, zwykle też przyniesie coś słodkiego. Jeśli potrzeba powstawiać lub zwinąć żagle – każdy oprócz sterującego pomaga. Wachta kotwicowa: pełniona od czasu rzucenia kotwicy do wypłynięcia. Tak, całą noc. Trwa również dwie godziny. W miejscach, gdzie nie ma lodu można spokojnie siedzieć w mesie, poczytać, popisać, ale czuwać. Jest jeszcze wachta kambuzowa- całodniowa – dwie osoby są odpowiedzialne za przygotowanie 3 posiłków:
- Śniadanie 8 rano (chyba że ustalimy inaczej)
- Obiad 13:30
- Kolacja 19:30
Ale także zmywanie i dbanie, żeby w termosie w mesie była zawsze ciepła herbata – i pełni się ja niezależnie od innych wacht, czyli wciąż sterujemy, nawigujemy i nie śpimy. Dla przykładu ja dzisiaj miałam wachtę sterową po wypłynięciu 14:00-16:00 i wtedy stałam przy sterze – wcześniej zrobiłam z współkambuzownikiem obiad dla wszystkich i razem pozmywaliśmy naczynia. Bezpośrednio po wachcie sterowej miałam wachtę nawigacyjną – kolejne dwie godziny w mesie 16:00-18:00, ale lekkiej gotowości do wyjścia na pokład. Potem robiłam kolację i zmywanie i lekkie ogarnięcie łazienki, segregacja śmieci.
Drzemka, a po niej wachta kotwicowa 00:00-02:00. I teraz będę mogła udać się na dłuższy odpoczynek. Jeśli nie ma się wachty „w kuchni” to można drzemać lub co kto chce. Kolejną wachtę mam zaplanowaną na jutro 10:00-12:00 i 12:00-14:00, a gotuję dopiero za dwa dni. Jeśli w dzień stoimy, mamy wachty kotwicowe. Ja pełnię też funkcję przewodnicką i polar bear guard i jeśli jutro zejdziemy na ląd na spacer, wędrówkę, będę też na wachcie. Mamy małą łódkę z silnikiem i taką łódeczką robimy desant na brzeg i z powrotem.

Dzień 2 (godzina 17:19). Wiadomość z pokładu: Dziś po późnym śniadaniu przeprawiliśmy się na ląd, by podziwiać piękny lodowiec Harrietbreen, spacer po morenie w tej pogodzie to czysta przyjemność. Na dodatek z wody przyglądała nam się ciekawska foka. Ale żeby taki spacer doszedł do skutku, musimy opuścić ponton podwieszony na rufie jachtu i zamontować silnik, a po przypłynięciu silnik zdjąć i wyciągnąć łódeczkę. Podróż łódeczką zajmuje kilka minut, ale dużo więcej czasu chłopcy spędzają na przygotowanie sprzętu. Po powrocie pyszny obiad i już płyniemy dalej. Mamy dziś do przepłynięcia 80 mil morskich w Ny-Ålesund będziemy jutro przed 15. Jestem szczęściarą wachta sterowa 20:00-22:00 i o północy idę spać na 6 godzin, inni będą żeglować resztę nocy.
Wypłynęliśmy z Isfjordu – buja.
I jeszcze bardzo ważną rzecz zrobiłam – zakleiłam okno kajuty folią aluminiową i mam kompletną ciemność.


Dzień 3. Wiadomość z pokładu: Dotarliśmy do Ny-Ålesund. Żeglowaliśmy z krótkimi przerwami cały wieczór i noc do 13. Ta mała mieścina to ostatni port, więc musieliśmy uzupełnić paliwo i wodę na jachcie. W ciągu dnia przypływały łodzie z turystami, ale teraz marina jest pusta. Po spacerze po mieście i okolicy obowiązkowy przystanek w sklepie i wysłanie pocztówek z najdalej na północ położonej poczty. To też ostatni gorący prysznic bez limitu wody na jakiś czas. W oczekiwaniu na odpowiednie do wypłynięcia warunki siedzę nad brzegiem morza i obserwuję lisy polarne. Następny przystanek Virgohamna.








Dzień 4 (godzina 4:12, noc). Wiadomość z pokładu: Psia warta. Psia m*ć! Dziś mam tą najmniej ulubioną wachtę. Pierwsze dwie godziny 2-4 w nocy przy sterze, w deszczu i buja. Pomidory toczą się po pokładzie. Kolejne dwie godziny walki ze snem w cieple- nie wiem co trudniejsze…




Dzień 4 (godzina 18:28). Wiadomość z pokładu: Dotarliśmy do Virgohamny po południu. Robiliśmy desant na Danskøyę. Do miejsca starej bazy wielorybniczej – to stąd wyruszyła wyprawa Andree, mająca na celu zdobycie bieguna północnego. Przed nami ok. 100 mil żeglugi.





Dzień 5. Wiadomość z pokładu: Dotarliśmy do Nordaustlandet! Ziemi północno – wschodniej. Przekroczyliśmy 80 stopień szerokości geograficznej północnej. Nocna wachta w pięknym gasnącym słońcu, widziałam chyba z dziesięć wielorybów. Niezła nagroda za poprzednią noc. Spróbujemy znaleźć jakieś zaciszne miejsce na dłuższy postój. Nie mogę się doczekać, kiedy stanę na lądzie.

Ta wyspa, a przynajmniej ta część jest zupełnie inna niż Spitsbergen- inne kształty i kolory. Niebawem obejrzymy ją z innych stron.




Wczoraj zeszliśmy na ląd pomimo silnego wiatru, co utrudniało i samo dopłynięcie naszą łódeczką (o wdzięcznym imieniu Puffi) do brzegu i wejście na najbliższą górę. Mieliśmy widok na olbrzymią czapę lodową Vestfonna, ale i na okoliczne jeziorka. Jest tu niesamowita ilość kolorów kamieni w tym zielenie i delikatne fiolety. Zaskoczyła nas też obfitość tundry.
Dzień 6. Wiadomość z pokładu: Nie dość, że cała doba na pokładzie to jeszcze w tym samym miejscu. Nie ma wyjścia, musimy przeczekać. Przynajmniej widoki ładne. Mamy czas odespać, porządnie pogotować, a nawet zrobić przegląd zapasów i zaplanować posiłki na kolejne dni. Wszystko, co może się popsuć, idzie na pierwszy rzut. Uruchomiliśmy też generator, żeby podładować baterie i odsalarkę, pomimo iż bardzo oszczędnie gospodarujemy wodą, warto mieć spory zapas. A to oznacza dzień umytych włosów.
Dzień 7. Wiadomość z pokładu: Wczoraj płynęliśmy cały dzień i o północy zakotwiczyliśmy pod Austfonną, ale wcześniej przedzieraliśmy się przez labirynt lodu i to jeszcze z falujący. Magicznie, ale trzeba zachować maximum skupienia. Widoczność była raczej słaba i liczyliśmy, że rano się poprawi… Niestety mgła zaciągnęła się na dobre i odpłynęliśmy z niczym. Na pocieszenie mieliśmy dookoła sporo ciekawskich morsów i fok, a także malownicze bryły i góry lodowe.




Dzień 8. Wiadomość z pokładu: Też płyniemy cały dzień. Późnym wieczorem dotrzemy pod Barentsøyę. Wszyscy już marzymy o choć krótkim zejściu na ląd.




Dzień 9. Wiadomość z pokładu: Zeszliśmy na wyspę Barentsa. Bardzo długo czekaliśmy na pogodę – od rana do 18! Ogarniała nas frustracja i już chcieliśmy odpływać, ale postanowiliśmy spróbować ruszyć do brzegu. Nasz mały dzielny puffin dał radę falom i choć na brzeg wysiadaliśmy dość mokrzy, to zdecydowanie było warto! Kolory tundry, wieczorne światło plus malownicze chmury zachwycały. Na brzegu sporo było śladów niedźwiedzi. Rozczuliły nas odciski stóp niedźwiedzicy z młodym, postanowiliśmy dać im spokój i przestrzeń, zrobiliśmy kilka fotek i wróciliśmy do łódki. Idealny wieczorny spacer. Jesteśmy już w drodze na kolejną wyspę Edgeøya. Pogoda jutro ma być zdecydowanie lepsza, więc jest szamana na dłuższe wyjście, może nawet treking na któryś z okolicznych szczytów.





Dzień 10. Wiadomość z pokładu: Chyba nie można mieć piękniejszego poranka. Po 5 godzinach snu wychodzę na wachtę. Nie zakładam sztormiaka, wystawiam policzek do słońca i myślę sobie, jak bardzo jestem szczęśliwa, stojąc w tym miejscu. Płyniemy wzdłuż brzegu Edgeøya, chmury robią spektakl, ptaki szybują tuż nad wodą. Za chwilę kotwiczymy i schodzimy na ląd, napiszę później, co tam zastaliśmy. Dziś też musimy przygotować Joinuska do powrotu. Uzupełnić wodę, zabezpieczyć wszystko na pokładzie, wciągnąć Puffina, bo czeka nas cztery doby żeglugi przez Morze Barentsa. Po drodze mamy tylko mały kawałek lądu- Bjørnøya.




O matulu! Wylądowaliśmy na Edgeøya i to jakiś kosmos! Olbrzymie doliny pełne reniferów, czarna szeroka plaża usiana kośćmi wielorybów i masa tropów i odchodów niedźwiedzi. Tundra przybrała już kolory jesieni, ale wciąż było sporo gęsi. Przeszliśmy kilka kilometrów w słońcu i bez wiatru, nogi same niosły.






Niedługo zaczniemy przeprawę do Norwegii, żeby przepłynąć, każdy z nas musi stać 8 razy na wachcie, czyli 16 godzin, płyniemy non stop. Po skończonej wachcie mamy 6 godz przerwy. Niektóre będę miłe, reszta do przetrwania.
Dzień 11. Wiadomość z pokładu: Pierwsza noc za nami, dotarliśmy do wschodniego wybrzeża Spitsbergenu, zanim ruszymy na otwarte morze zajrzymy jeszcze do Isbukty. Jeszcze dziś pożegnamy największą wyspę archipelagu. Zdjęcia z wachty 04:00-06:00.


Isbukta i okolice:





Dzień 11 (godzina 12:19). Widomość z pokładu: A teraz już płyniemy w stronę przylądka południowego i wkrótce wypłyniemy na pełne morze…



Dzień 11 (godzina 14:17). Wiadomość z pokładu: Do Tromsø mamy 1000 km.
Dzień 12 (godzina 02:16). Wiadomość z pokładu: Wczoraj akurat na mojej wachcie wypływaliśmy na otwarte morze. Cóż za przyjemność patrzeć na kraniec mojej ukochanej wyspy. Dość szybko rozwiało nam się porządnie. Fala była spora, więc bujało też porządnie. Po raz pierwszy przez wiele godzin nie zobaczymy żadnego lądu. Moja kolejna wachta wypadała o północy. Byliśmy już na 75 st N więc było ciemno. Miałam wyjść na pokład w środku nocy, po ciemku, sama. Fale nie odpuszczały, nie dało się chodzić bez trzymania się ścian obiema rękami. Znasz to uczucie podekscytowania i strachu jednoczenie? W głowie kłębiły mi się myśli o wielkim, ciemnym morzu. Morzu, które ma 1000 km, czyli jakieś milion metrów, a nasz jacht ma 15 metrów długości. Tyle że on został do tego stworzony. Join Us to super dzielny jacht i świetnie się prowadzi. Barents żeglował tędy ponad 400 lat temu. My mamy mapy, nawigację, a nawet widzimy inne jednostki wokół nas. Te wszystkie fakty mają mi pomóc czuć się pewnie… trochę działa. Okazało się wspaniałym doświadczeniem, a jak dodam, że przypłynęły do nas delfiny, to zaczyna wskakiwać na wysoką pozycję ostatnich tygodni. Po południu dopływamy do najdalej na południe wysuniętej wyspy archipelagu Bjornøyi – Wyspy Niedźwiedziej. Jedna strona skąpana w słońcu, drugi kraniec zakryty wielką chmurą. Na szczytach pierwszy śnieg, a doliny jeszcze soczyście zielone. Spełniam swoje marzenie, ale w sercu rodzi się kolejne.




Dzień 13. Wiadomość z pokładu: Dalej płyniemy… ostatnia noc przed nami – tzn. do „czubka Norwegii” potem jeszcze ze dwa dni do Tromso. Nuda – wschody i zachody słońca, delfiny, czasem jakaś tęcza. Zrobiłam screen shot z filmu z delfinami, bo filmik nie pójdzie garminem, ale wyślę jutro, straszne wariaty.
Dzień 14 (godzina 5:06). Wiadomość z pokładu: Dopływamy do Norwegii. Co prawda światła na lądzie było widać już około północy, ale w porcie będziemy rano, a w Tromsø, gdzie zmierzamy pewnie za kilka dni. Stałam na nocnej, ostatniej pełnomorskiej wachcie i napawałam się najpierw ciemnością, potem widokami wschodzącego słońca, ale przede wszystkim wiatrem, falami i smakiem soli. Czy to już tęsknota?

Na podsumowania jeszcze przyjdzie pora, jak trochę odeśpimy.
Co dziś przyszło mi do głowy? Że jeszcze nie zmarzłam na tym rejsie! Za każdym razem, gdy wychodzę na dwugodzinną wachtę, zakładam warstwy, zajmuje mi to ok. 10 min. Około 40 razy zakładałam: pierwsza warstwa – wełniane legginsy i wełniana koszulka, druga warstwa – spodnie puchowe 3/4 i wełniana bluza dalej kurtka puchowa i spodnie na szelkach goretexowe, dwie pary skarpet wełnianych i ocieplane (wełną) kalosze.


Na koniec kurtka ocieplana i chroniąca przed wiatrem, komin i ciepła opaska wełniana oraz łapawice z foczej skóry. Na to wszystko kamizelka ratunkowa pneumatyczna, którą należy przypiąć do któregoś ze stałych elementów jachtu na wypadek wypadnięcia za burtę. Po powrocie wszystko zdejmuje, ewentualnie zostaje w pierwszej warstwie, by po 6 godzinach znów wszystko założyć.


Dzień 14. Wiadomość z pokładu: Dopłynęliśmy do Norwegii.








