W ciemności bardzo łatwo zamknąć się w sobie. Przygotowanie do nocy polarnej

Piękny wrzesień na Svalbardzie zachwyca kolorami, chociaż nie jest to ten sam zachwyt, jaki czujemy, idąc złotym lasem, zbierając grzyby do starej łubianki, gdy przez korony drzew przebijają się leniwe promienie słońca finezyjnie grające barwami polskiej jesieni. Pewnie większości z was to uczucie jest teraz bardzo znajome. Może część z was chodzi po lesie i nie widzi tego uroku, przywykła do tego, że piękno, które was otacza, jest codziennością i że nic, absolutnie nic, wam tego nie odbierze. Też tak kiedyś chodziłam po lesie, nie myśląc, że kiedykolwiek będzie mi tego brakowało. A po kilku latach na emigracji i zarzekaniu się, że do Polski nigdy nie wrócę, serce rwie właśnie do tej codzienności, w której żyło się kiedyś, przed wielkimi decyzjami i rewolucjami w życiu.

Emigracja na Svalbard jest o tyle trudna, że miejsca, za którymi tęsknimy, nie mają tutaj polskiego substytutu. Musimy pogodzić się z tym, że wycieczka samochodem będzie po jednej, bardzko krótkiej drodze, że wyjście w góry, tylko w te, które są wokół miasta. Mówię tutaj o statystycznym człowieku, pracującym od 8:00 do 16:00, bez prywatnej łódki i nieskończonych zasobów finansowych. Musimy pogodzić się z tym, że lasu nie znajdziemy, chociaż potocznie możemy nazwać pobliskie doliny lasem, co często robię na potrzeby komunikacji z Majorem, ale dla Arktyki nie ma to znaczenia. Las tutaj nie urośnie, od lasu dzieli nas samolot. Od świeżych owoców i warzyw też dzielą nas samoloty.

Wyobraź sobie pięć najważniejszych dla ciebie rzeczy, takich, które wypełniają twoją codzienność, i zastanów się, czy nie byłoby ci trochę smutno, gdyby dostęp do nich nie był taki oczywisty. Mnie nie było aż tak smutno, dopóki byłam pewna, że mi i Polsce nie jest po drodze.

Czuję, kiedy to nadchodzi, głównie jesienią. Wiem, że muszę poprawnie przygotować się do nocy polarnej. W ciemności bardzo łatwo zamknąć się w sobie, w domu, w melancholii i w butelce alkoholu.

Niedawno odkryłam w sobie dużo większą potrzebę doświadczania tego, czego kompletnie nie doceniałam, mieszkając w ojczyźnie. Momenty i sytuacje, które sprawiły, że serce rwie z powrotem, przypominają o sobie w trudniejszych chwilach. Zabawne jest to życie. Prawie osiem lat temu serce rwało w nieznane, a teraz rwie w stare rutyny, które najpewniej są w mojej głowie idealizowane tęsknotą. Tak samo, jak wielkie miasto męczy, tak samo wyspa daje w kość.

Czuję, kiedy to nadchodzi, głównie jesienią. Wiem, że muszę poprawnie przygotować się do nocy polarnej. W ciemności bardzo łatwo zamknąć się w sobie, w domu, w melancholii i w butelce alkoholu. Bardzo łatwo odizolować się jeszcze bardziej, chociaż nie jest to w żaden sposób zdrowy tryb przetrwania. Bez porządnego przemyślenia i organizacji nocy polarnej można przegapić ten piękny moment, kiedy słońce od nowa wyznacza nam rytm kolejnego roku. I tak ponownie planuję, jak przebić się przez ciemność nie odczuwając choć najmniejszej depresji, jak naładować się endorfinami i otaczać ludźmi, którzy nie będą tego okresu utrudniać. Jest zarys planu! Treningi przed 6:00 rano, żeby iść do biura po ciemku z pozytywną energią. Żeby być jak najlepszą wersją opiekunki Majora, znośną wersją żony i zadowoloną z siebie wersją… siebie? Jest plan robić swetry na drutach, zobaczyć, czy ktoś doceni moje autorskie projekty i pasję.

Noc polarna to czas na akceptację tego, że większość dnia spędza się w pomieszczeniu. A jakże lepiej spożytkować kanapę, ciepłą herbatę i wełniany koc wieczorem niż być produktywnym? Jest plan na regularne spotykanie przyjaciół i rozmowy o pasjach, plan na randki w restauracjach, plan na refleksję. Te miesiące, z których będę niedługo próbowała wycisnąć to, co najlepsze, wyglądały kiedyś zupełnie inaczej.

Przed pracą zabierałam psy do lasu, później wsiadałam do samochodu i jadąc czterdzieści kilometrów w jedną stronę, dbałam, by być na bieżąco z muzyką ulubionych zespołów; przyjaciele byli na wyciągnięcie ręki, ale… wciąż wydaje mi się, że idealizuję ten czas i złe wspomnienia zatarły się na tyle, żeby po prostu dostrzec, że nie doceniałam swojej codzienności. I teraz, wspominając życie przed wyprowadzką do Longyearbyen, czuję, że chciałabym doświadczyć tego ponownie.

Wiem, że te wszystkie myśli to jest właśnie nadchodząca noc polarna. To miłość do jesieni, której muszę doświadczać w surowy sposób. Tutaj. Przechadzając się po spokojnych ulicach Longyearbyen, zmagam się z natarczywymi myślami i pomysłami na to, jak znów zmienić swoje życie, jak aktywnie pomagać i jak sprawić, żeby moja obecność miała znaczenie.

Kontrola oddechów i bicia serca, jakby był po prostu pacjentem. Wiedziałam, że przy stole operacyjnym nie ma miejsca na emocje. Znałam ten stan i pomimo że wyszłam już z wprawy, emocje były tam, gdzie powinny, za drzwiami.

A te momenty, które robią mi taki bałagan w głowie?

W lipcu Major złamał ząb. Wypadki tego typu mają inny wymiar w tak odizolowanym miejscu. Na wyspie był tylko jeden lekarz weterynarii. Ząb złamany dość pechowo, trudno było mi sobie wyobrazić, że pies musiałby czekać dodatkowe trzy tygodnie na zabieg. Alternatywa była prosta – jeśli asystuję przy zabiegu, możemy to zrobić następnego dnia. O ironio, coś, co kiedyś było codziennością, nagle wydało się takie odległe i zapomniane. Nie wspomnę nawet o tym, że w normalnych warunkach, w wielkim świecie, nikt nie wpuściłby właściciela na salę operacyjną niezależnie od wykształcenia i doświadczenia.

Tylko że Svalbard rządzi się swoimi prawami. Na chwilę musiałam zapomnieć o tym, że Major to mój pies, ale wiecie co? Adaptacja do trudnych warunków to już chyba mój konik, bo akurat poszło mi to całkiem nieźle. Kontrola oddechów i bicia serca, jakby był po prostu pacjentem. Wiedziałam, że przy stole operacyjnym nie ma miejsca na emocje. Znałam ten stan i pomimo że wyszłam już z wprawy, emocje były tam, gdzie powinny, za drzwiami. Czy poradziłam sobie tak, jakbym się tego po sobie spodziewała? Raczej wątpliwe, ale nie miałam wielu oczekiwań po tylu latach bez praktyki. Choć naprawdę kocham to, jakie Svalbard rzuca przede mną wyzwania, wiem, że w moim poprzednim życiu nie byłoby to żadnym wyzwaniem.

I właśnie ten moment kontroli bicia serca psa pod narkozą, gaziki z krwią wokół, strzykawki i dźwięk pompy infuzyjnej wprowadziły mnie w stan tęsknoty i bezsilności jednocześnie. Och, ileż ja bym dała, żeby wrócić do wiedzy i umiejętności sprzed ośmiu lat! Żeby znowu zapewnić opiekę zdrowotną psu ze schroniska, pomóc kotce przy porodzie i podać kroplówkę świeżo narodzonemu cielakowi. Żyję w pocztówce, ale nie jestem w stanie nieść realnej pomocy. A tak dużo mogłam. Kiedyś.

I pewnie pomyślisz sobie: w czym problem, dziewczyna ma wybór, zawsze może wrócić. Czasem to możliwość wyboru jest problemem. Zbudowanie życia od zera w zupełnie obcym miejscu, miłość do miejsc i do ludzi, rytm, według którego się żyje i planuje, sezony, które uzależniają. Czy naprawdę można wybrać, która tęsknota jest mniej bolesna?

Las, grzybobranie, przyjaciele, z którymi tańczę nad Bałtykiem po zachodzie słońca. Surowe svalbardzkie góry, złota tundra, zorza polarna i spokój przy ludziach, którzy znają najbardziej aktualną wersję mnie. Na to wszystko jest miejsce w jednym sercu, ale jedno ciało nie daje wystarczająco wielu możliwości, by sprawnie połączyć te dwa życia. Praca, która pozwala spełniać marzenia czy praca, która daje satysfakcję z pomocy, spełnienia się na innych płaszczyznach, ale czasem nie pozwala zapłacić wszystkich rachunków? Spokój i tęsknota za przeszłością czy przeszłość, za którą się tęskni, i stres codzienności? Zadbane stado psów na własnym podwórku może niekoniecznie radosne, bo przecież czasu brak, czy jeden szczęśliwy pies z daleka od weterynaryjnego dobrobytu? Nie ma jednoznacznej i słusznej odpowiedzi, ale właśnie to zaprząta głowy lokalsów. A to tylko skrawek myśli, które nasuwają się podczas spacerów wokół jesiennego miasta, obserwowaniu pierwszego śniegu na szczytach gór przez okno i podczas nostalgicznej kawy w lokalnej kawiarni.

Na drogach widać już tylko auta lokalsów, a nie tłumy turystów nieprzestrzegających zasad ruchu drogowego. Przyjezdni są tutaj bardziej nieprzewidywalni niż dzikie gęsi na drodze.

Jest godzina 16:00. Wychodzę z pracy i pędzę do Majora. Po tygodniu deszczu i wiatrów zapowiada się piękne popołudnie. Wchodzę do domu i zamiast od razu wyciągnąć szelki i smycz, sięgam po klucz do sejfu i przygotowuję broń. Major w ułamku sekundy orientuje się: tego dnia nie czeka go zwykły spacer, tylko wyjście w góry. Szybciutko zmieniam spodnie, na te trekkingowe. Ekscytacja psa sięga zenitu. Ja po ośmiu godzinach pracy biurowej w końcu czuję, że dzień staje się lepszy.
Dwadzieścia minut później parkujemy samochód pod jedną z miejskich gór. Oznaką jesieni jest to, że nie martwimy się już o gęsi i kaczki, które wybiegną nam na drogę. Ptaki odleciały. Na drogach widać już tylko auta lokalsów, a nie tłumy turystów nieprzestrzegających zasad ruchu drogowego. Przyjezdni są tutaj bardziej nieprzewidywalni niż dzikie gęsi na drodze. Tego dnia nikt nie został strąbiony na drodze, więc ze spokojną głową możemy zacząć nasz samotny hajk. Trudno stwierdzić, czy samotny jest odpowiednim określeniem, bo w cichych i surowych górach szukam spokoju, a nie towarzystwa.

Ta cisza jest tak przyjemna, że nie trzeba jej zakłócać. Milczenie między mną, psem a górami nie jest niezręczne. Wspinając się, widzę w oddali znajomą powożącą swój psi zaprzęg, a na szczycie rozpoznaję już lokalnego pasjonata fotografii. To uczucie, że ludzie wokół przeżywają właśnie ten sam moment spełniania swojej pasji, tylko w innych kategoriach, jest naprawdę przyjemne. W górach na Svalbardzie nie spotkasz frustracji obcych.

W trakcie hajku zatrzymuję się wielokrotnie, czasem muszę złapać oddech, a czasem podziwiać – ten sam widok po raz setny. Jesienią nie skupiam się już na mikroroślinach kolorujących tundrę. Kwiaty uschły, tundra zardzewiała. Jesienią nie napiję się kawy na szczycie, bo po szalenie ciepłym lecie, ze średnią temperaturą 8°C – odczuwanie temperatur bliskich zeru nie zachęca do długich posiadówek na szczytach. Rozglądamy się, łapiemy oddech, sprawdzamy psie łapy i wracamy do codziennych domowych obowiązków. Takie wyjście w góry nie zajmuje tutaj więcej niż dwie lub trzy godziny i jest luksusem, z którego bardzo trudno zrezygnować.

A potem ciepła herbata i wełna na kolanach, razem z odpoczywającym Majorem. Tego dnia po raz kolejny przeżyliśmy wspaniałą przygodę razem. Zmęczyliśmy się, zmarzliśmy, endorfiny były obecne pomimo chwilowych trudów. Czy istnieje lepsze uczucie niż kłaść się spać z myślą, że zrobiło się zwykły dzień niezwykłym? We wrześniu organizm już czuje, kiedy pora spać. Noce stają się coraz dłuższe. Niedługo nocne marki doświadczać będą magii zorzy polarnej. Wrzesień przypomina, że trzeba już zwolnić. Zwolnić, bo zaraz będzie ciemno.

A ty? Czy zamieniłbyś polską złotą jesień na surową Arktykę?

CZYTAJ DALEJ

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *