Dominika Saikkonen-Dąbrowska jest absolwentką fizyki na Politechnice Wrocławskiej. Tytuł doktora przywiozła z Grenady w Hiszpanii. Po raz pierwszy przybyła na Svalbard jako meteorolog XXXVIII Polskiej Wyprawy Polarnej odbywającej się w latach 2015-2016. Po powrocie z Hornsundu rozstała się z Północą zaledwie na dwa tygodnie, by wkrótce zamieszkać w Longyearbyen i pracować tu jako przewodniczka. Obecnie wraz z mężem Niko prowadzi galerię w Nybyen, tworzy rękodzieło, czasami jeździ taksówką, a to dopiero początek jej obowiązków, które nie kończą się na zadaniach przynoszących zyski. Dominika jest ogromnym wkładem w rozwój lokalnej społeczności i głosem scalającym różne środowiska. W niniejszej rozmowie, powstałej w grudniu 2024 roku, opowiada o Svalbardzie, który nie jest wyłącznie cukierkowy. Rozmawiamy o wrażliwości, odpowiedzialności prowadzenia centrum artystycznego w Longyearbyen i turystyce polarnej, która dzisiaj stanowi jeden z kluczowych tematów związanych z kierunkiem rozwoju tego wyjątkowego miejsca, ale także jest jednym z głównych wątków w rozmowach o zagrożeniach wpływających na środowisko Svalbardu.
Od doktoratu z fizyki w Hiszpanii do zimowania w Hornsundzie. Jak zaczęła się twoja droga na północ? Kiedy postawiłaś pierwsze kroki w tę stronę?
Moje życie to jedna wielka przygoda – ciągle coś się dzieje. Po obronie doktoratu w Hiszpanii poczułam, że czas na zmiany. Praca naukowa wyczerpała mnie psychicznie i fizycznie. Kilka dni po obronie, grając w siatkówkę, skręciłam nogę. Musiałam na jakiś czas unieruchomić się w domu, co dało mi sporo przestrzeni do przemyśleń. W Hiszpanii poznałam ludzi związanych z Arktyką i Antarktydą. Zaczęłam szukać więcej informacji w internecie i tak trafiłam na stację polarną w Hornsundzie. Kiedy ściągano mi gips, powiedziałam lekarzowi, że chcę przejść Camino de Santiago. Odradził mi to, ale odpowiedziałam, że skoro mam tytuł doktora, to sama podejmę decyzję. I tak ruszyłam – to była wspaniała przygoda, choć pełna wyzwań. Spotyka się tam niesamowitych ludzi z całego świata. Podczas wędrówki zaprzyjaźniłam się z francuskim dyplomatą. Gdy dowiedział się, że mam doktorat, zapytał, co planuję dalej. Wspomniałam, że myślę o zimowaniu na stacji polarnej. Przez kolejne dwa tygodnie codziennie powtarzał, że muszę aplikować – nie dawał za wygraną. W końcu, siedząc w kawiarni w Santiago, wysłałam CV. Dostałam się. Tak zaczęła się kolejna niezwykła, wymagająca, ale i fascynująca przygoda. Był rok 2014.

Co wydarzyło się dalej?
Wylądowałam na zimowaniu jako meteorolog. W czerwcu wypłynęliśmy z Gdyni i po ośmiu dniach dotarliśmy do Hornsundu. Podczas zimowania angażowałam się we wszystkie możliwe prace terenowe. Poznałam południowy Svalbard. Chciałam też spędzić trochę czasu w Longyearbyen, by pracować tam jako przewodniczka i lepiej poznać okolicę, która znacznie różni się od Hornsundu. Po zimowaniu wróciłam statkiem na dwa tygodnie do Polski, a następnie udałam się z powrotem do Longyearbyen.
Pierwszy raz słyszę, by ktoś tak szybko wrócił i pozostał.
Przez rok uczestniczyłam w zimowaniu, przez kolejne dwa lata pracowałam jako przewodnik w Longyearbyen, aż w końcu postanowiłam opuścić Svalbard.
Na Svalbardzie panuje wyjątkowa atmosfera, którą tworzy otwarte i życzliwe społeczeństwo. Przyjeżdżają tu wspaniali ludzie, choć zazwyczaj tylko na krótki czas.
Dlaczego?
Na Svalbardzie panuje wyjątkowa atmosfera, którą tworzy otwarte i życzliwe społeczeństwo. Przyjeżdżają tu wspaniali ludzie, choć zazwyczaj tylko na krótki czas. Włożyłam wiele wysiłku w budowanie przyjaźni, ale niemal zawsze kończyło się to rozstaniem, gdy znajomi wyjeżdżali. Czułam się wtedy osamotniona — to było jak choroba sieroca. Trudno mi było także spotkać kogoś, z kim chciałabym związać się na stałe i zostać tu na dłużej. Wszystko zmieniło się, gdy opuściłam Svalbard. Na Nordkappie poznałam Niko, mojego wspaniałego męża. Od samego początku zaczęłam mu opowiadać o Svalbardzie.

Długo trwała twoja przerwa od Svalbardu?
Trzy lata. Miała trwać krócej, ale koronawirus uziemił nas wszystkich.
Niko, zanim tu dotarł, mógł sprawdzić na co się decyduje, czy był to bilet w jedną stronę?
Niko pochodzi z Finlandii, ale mimo to był to dla niego skok na głęboką wodę. Przyjechaliśmy tutaj 1 listopada 2021 roku, dokładnie wtedy, gdy zaczynała się noc polarna – czyli ponad sto dni bez słońca.
Byłaś przewodniczką, porozmawiajmy więc o turystyce polarnej. Co myślisz o kierunku, w jakim zmierza?
Na początku pracowałam jako przewodnik z psami. Zabierałam ludzi nawet pod namioty na kilka dni. To zdecydowanie coś innego niż jazda psim zaprzęgiem w kółko, dostępna dla większości osób. Była to fajna przygoda, ale z czasem zauważyłam, że branża związana z psami nie zawsze jest do końca etyczna. Psy naprawdę nie mają tu łatwo — pracują ciężko przez większość życia, a potem mają szczęście, jeśli uda im się znaleźć dom na starość. Dodatkowo wiele psów ucierpiało podczas pandemii. Ze względu na mniejszą liczbę turystów, pozbywano się dużej liczby zwierząt. Uwielbiam husky, ale staram się wspierać i polecać małe firmy organizujące zaprzęgi, które działają w sposób bardziej etyczny.

Jednego psa masz z Hornsundu, a drugiego emeryta.
Na Polskiej Stacji Polarnej w Hornsundzie, podczas mojego zimowania w 2015 roku, na moich rękach urodziła się suczka, której nadałam imię Harpa. Mieliśmy tam psy, których zadaniem było reagowanie na niedźwiedzie polarne. I rzeczywiście, z małego szczeniaka wyrosła prawdziwa indywidualistka. Jest dość charakterna – wszyscy, którzy ją znają, mogą to potwierdzić. Później zaadoptowaliśmy także 10-letniego, dużego, szarego i pięknego samca o imieniu Tundra, którego poznałam w firmie, gdzie również pracowałam. (Przyp. red. po wywiadzie Dominika i Niko zaadoptowali trzeciego psa – 10-letniego, czarnego samca o imieniu Idefix.) Emerytowane husky są naprawdę wspaniałe. Naprawdę polecam adopcję starszych psów. Mimo że całe życie spędziły w psiarni, często na łańcuchu, bez problemu uczą się zachowywania czystości w domu. Są kochane i bardzo wdzięczne za szansę na lepsze życie.
Kiedy psy przestały służyć na stacji polarnej w Hornsundzie? W opowieściach uczestników nowych wypraw psy się już nie pojawiają.
Kilka lat temu. Tak naprawdę nie wyobrażam sobie zimowania bez czworonogów. Zawsze w drodze do ogródka meteo sprawdzałam, jak mają się psiaki. Raz psy uratowały mi życie — swoją drogą pewnie nie tylko mi — na Svalbardzie. Miałam wtedy taką sytuację: jak zwykle w drodze do ogródka meteo miałam przy sobie czołówkę, radio, rewolwer i rakietnicę, ale pogoda tego dnia była fatalna. Zebrałam pomiary, odwróciłam się — i nie widziałam stacji. Była potworna zawierucha, widoczność zerowa. Położyłam się na śniegu, wymacałam łańcuch psa przyczepiony do prowadnicy i dzięki niemu wróciłam.
Zrobiłaś to racjonalnie, czy w panice?
Racjonalnie. Przez te kilka lat spędzonych na Svalbardzie nauczyłam się wielu rzeczy.
Ludzie mają zwykle te same problemy i pytania. Przyjeżdżają na chwilę i myślą, że Svalbard to Disneyland.
Jakich?
Podczas zimowania nauczyłam się, jak dbać o siebie i radzić sobie w różnych sytuacjach. Później pracowałam jako przewodniczka, co oznaczało, że musiałam troszczyć się także o innych. Ale bycie przewodnikiem to skomplikowany biznes. Jeśli robisz tego za dużo, łatwo się wypalić. Ludzie mają zwykle te same problemy i pytania. Przyjeżdżają na chwilę i myślą, że Svalbard to Disneyland. Na dłuższych wyprawach jest trochę lepiej – można nawiązać z ludźmi prawdziwy kontakt. Nie chcę już brać udziału w masowej turystyce. Z perspektywy osoby, która spędziła na Svalbardzie kilka lat, uważam, że to miejsce powinno zostać jak najbardziej oddane naturze.
Harpa urodziła ci się na rękach, co było potem?
Trochę zabawy było. Trzeba było zorganizować psom papiery i wysłać je skuterami na dodatkowe szczepienie. W Hornsundzie sami gotowaliśmy im jedzenie, bo – oczywiście – nie było tam normalnej karmy dla szczeniąt. Swoją drogą, dzięki zapasom jedzenia ludzie mogą tam przetrwać nawet dwa lata, gdyby coś się stało. Kaszy i mrożonek jest od groma. Musieliśmy więc dobrze się zastanowić, jak gotować coś odpowiedniego i zdrowego – tak, żeby naprawdę miało sens.
Wróćmy do tematu dbania o siebie. Chodzi o dbanie o siebie w ekstremalnych sytuacjach, czy o dbanie o siebie w swojej głowie?
Dbaniu o siebie w taki sposób, że mogę przygotować się, by iść sama w teren i rozpoznać, gdzie jest niebezpiecznie. W Hornsundzie, mimo że zaleca się poruszanie w terenie parami, często chodziłam sama. Potrzebowałam przemyśleć wiele spraw i takie samotne wyjścia dobrze wpływały na moją psychikę. Mieszkaliśmy w grupie 9–11 osób, więc dla własnego komfortu psychicznego zdarzało mi się wychodzić do hytt — małych domków traperskich. Oczywiście trzeba pamiętać o zachowaniu łączności satelitarnej, odpowiednim ubiorze, sprzęcie.
W miasteczku panuje nadal bardzo międzynarodowa atmosfera. Dwa i pół tysiąca mieszkańców i aż pięćdziesiąt różnych narodowości.
W Longyearbyen mieszka reprezentacja ponad pięćdziesięciu krajów. Jest jedna wspólna cecha, która łączy tych wszystkich ludzi i powinny posiadać ją osoby, które pragną tu mieszkać?
Zwykle są to osoby otwarte na świat, zafascynowane naturą. Z drugiej strony, mieszka tu wiele osób, które trafiły w to miejsce nie z własnego wyboru, lecz z powodu trudnej sytuacji w swoim kraju. W miasteczku panuje nadal bardzo międzynarodowa atmosfera. Dwa i pół tysiąca mieszkańców i aż pięćdziesiąt różnych narodowości. Żyją tu między innymi Norwegowie, Szwedzi, Niemcy, Polacy, Tajowie, Filipińczycy, Rosjanie, Kolumbijczycy – i pewnie przedstawiciele niemal każdej innej narodowości, jaka tylko przyjdzie ci teraz do głowy. Większość z nich to osoby o mniej więcej silnych charakterach – inaczej trudno byłoby tu przetrwać. A jeśli komuś jednak brakuje siły, może po prostu lepiej wyjechać. Na mnie też kiedyś przyjdzie pora.
Nie można być słabym, by żyć na Svalbardzie?
Nie jest to miejsce dla słabych ludzi.
Ale wrażliwych owszem.
Tak, jest tu naprawdę wielu wrażliwych ludzi. Svalbard hartuje — wydobywa z człowieka to, co dobre i silne. Nieważne, skąd jesteś, ludzie są tu życzliwi i chętni do pomocy. Niedawno jechałam skuterem i zobaczyłam kogoś w potrzebie. Zatrzymałam się i zapytałam, czy mogę pomóc. Po chwili zatrzymało się jeszcze kilka innych skuterów. Właśnie o to tu chodzi — o pomoc i otwartość. W pewnym sensie wszyscy jesteśmy tu jak jedna rodzina. Funkcjonuje tu też ciekawa inicjatywa — Bruktikken (tylko dla mieszkańców). Można tam oddać rzeczy, których już się nie używa, i ktoś inny może z nich skorzystać. Jest też osobne miejsce na elektrośmieci. Kiedyś znalazłam tam świetny aparat — ktoś go wyrzucił, bo się rozładował.

Jesteś w trakcie stawiania dużego kroku, przejmujecie galerię w Nybyen. Wcześniej mieliście tu swój warsztat.
Tak, razem z Nikem w grudniu 2024 roku przejęliśmy Centrum Artystyczne, które mieści się w dawnej galerii. Nadal prowadzimy tutaj nasz warsztat, w którym tworzymy rękodzieło. Pracujemy przede wszystkim z porożem reniferów. Zależy nam, aby nasze wyroby były ekologiczne i lokalne. Turyści chętnie kupują pamiątki, dlatego wolimy, żeby wybierali produkty regionalne, zamiast pamiątek sprowadzanych z Chin czy innych zakątków świata. W Centrum Artystycznym organizujemy także różne, zmieniające się wystawy, które warto zobaczyć podczas wizyty. Nasze rzeczy można kupić bezpośrednio w Centrum Artystycznym, które jest otwarte dla odwiedzających — prosimy o sprawdzenie godzin otwarcia na naszej stronie internetowej. Poza tym niektóre z naszych produktów dostępne są również m.in. w kościele, muzeum, kawiarni Cafe Huskies (polecam tę kawiarnię szczególnie miłośnikom psów) oraz w Ny-Ålesund. Jesteśmy dumni, że nasze wyroby trafiły do różnych części świata, m.in. do Australii, Nowej Zelandii, Stanów Zjednoczonych oraz na Tajwan.








Nie gonicie reniferów i nie zrywacie im tych poroży.
Poroża reniferów to bardzo ciekawy materiał, chociaż podczas jego obróbki pojawiają się zapachy przypominające te znane z gabinetu dentystycznego. Poroża co roku są zrzucane i odrastają na nowo, więc żadne zwierzę nie cierpi przez nasze rękodzieło. Dodatkowo zbieramy poroża wyłącznie poza parkami narodowymi. W parkach narodowych, które zajmują dużą część archipelagu, wszystkie kamienie, porosty oraz właśnie poroża reniferów powinny pozostać w naturalnym stanie. Przyjeżdża tam wielu turystów, a gdyby tysiąc osób wyszło na brzeg i każdy zabrałby jakiś kamień, miałoby to poważny wpływ na rzeźbę terenu i krajobraz.

Kiedy pomyślałaś pierwszy raz, że możesz się tym zająć? Był to proces, czy tworzyłaś coś dla siebie i chciałaś się tym podzielić?
Z wykształcenia jestem fizykiem. Lubię, gdy moja głowa jest ciągle czymś zajęta. U Nika dostrzegłam artystyczny dar, który połączyliśmy z moimi pomysłami – razem wcielamy je w życie.
I potem trafiliście tutaj, bo potrzebowaliście powiększyć przestrzeń?
Chodziło nam o rozdzielenie domu i warsztatu oraz znalezienie przestrzeni do pracy. W Centrum poznaliśmy wiele osób. Menadżerką tego miejsca była Elizabeth. Rok temu zapytała nas, czy chcielibyśmy przejąć zarządzanie całym budynkiem. W centrum artystycznym znajdują się pracownie, ale gościmy także artystów-rezydentów z całego świata. Mówię to pod koniec kwietnia i z dumą mogę się pochwalić, że przez ostatnie 5 miesięcy gościliśmy 27 artystów z 15 różnych krajów — w tym uznanych pisarzy, znakomitych fotografów, reżyserów i innych twórców.
Od czasu do czasu organizujemy również różnego rodzaju wydarzenia, takie jak koncerty czy wystawy — zarówno naszych rezydentów, jak i lokalnych artystów. Ekspozycje zmieniają się u nas regularnie, więc warto do nas zaglądać. Wraz z Nikiem i Fundacją ForScience przygotowaliśmy również wystawę poświęconą śmieciom morskim. W ramach edukacji polecam ją każdemu — muszę przyznać, że jest dość szokująca. Mamy też wystawę poświęconą Polskiej Letniej Stacji na Kaffiøyrze, zorganizowaną z okazji 50-lecia istnienia stacji. Stacja należy do Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu i jest ważnym ośrodkiem badań naukowych w Arktyce. Jeszcze raz serdecznie zapraszam!
Poczuliście się docenieni, dostając propozycję przejęcia Centrum?
Tak, chociaż to naprawdę duże wyzwanie. Na razie mamy kontrakt do końca listopada 2025 roku (niedawno przedłużony do maja 2027). Co będzie dalej — zobaczymy. Niestety, nie zależy to od nas, tylko od lokalnej administracji, samorządu i polityków. Wyzwań jest sporo. Lokalna administracja sama nie wie, czego chce, a my funkcjonujemy obecnie w pewnym rodzaju zawieszenia. Trudno planować, nie wiedząc, na czym się stoi. Latem powinniśmy wiedzieć więcej. Nasz budynek jest częściowo w złym stanie technicznym, a nikt nie chce się podjąć jego remontu. Norwegowie, mimo że sprawują jurysdykcję nad Svalbardem, nie rozumieją, że to również fragment ich własnej historii i dziedzictwa narodowego. Często podejmują nieprzemyślane decyzje, co bywa bardzo krzywdzące i frustrujące.
Trochę historii. Longyearbyen zawsze było górniczym miasteczkiem. Podczas II wojny światowej zostało praktycznie zmiecione z powierzchni ziemi. Jednak po wojnie wznowiono wydobycie węgla, między innymi w kopalni 2B, pod którą zaczęło rozwijać się miasteczko nazwane Nybyen, czyli Nowe Miasto. W okolicznych barakach mieszkali górnicy, a w jednym z nich znajdowała się stołówka. W budynku, w którym teraz się znajdujemy, wcześniej był sklep, a następnie powstała tam galeria. Sam budynek został wybudowany w 1947 roku, co oznacza, że gdyby miał rok więcej, byłby traktowany jak zabytek narodowy i odpowiednio konserwowany. Nową część dobudowano w latach siedemdziesiątych. Od tamtej pory nie przeprowadzono tu żadnego remontu. W nowej części przecieka dach, a instalacje zaczynają się sypać.
Gubernator zdradza plany na przyszłość tego budynku?
Najchętniej zamknęliby całe Nybyen, które jest kosztowne w utrzymaniu. Będziemy zarządzać tym miejscem, ale czeka nas wiele wyzwań. Lokalna administracja nie chce inwestować w budynek i najchętniej by go zamknęli. Dodatkowo znacznie wzrosły ceny prądu w ostatnim czasie.
Jak długo trwa rezydentura, o której wspomniałaś?
Zazwyczaj ludzie zostają od dwóch tygodni do trzech miesięcy. Zachęcam do regularnego zaglądania na naszą stronę internetową, ponieważ może pojawić się jakiś wolny termin.
Czy każdy może odwiedzić Centrum Artystyczne?
Jesteśmy otwarci trzy razy w tygodniu, a latem niemal codziennie, więc zapraszamy do odwiedzin. Aktualne godziny otwarcia można znaleźć na naszej stronie internetowej. Większe grupy mogą umówić się na wizytę poza godzinami otwarcia. Mamy także salę kinową, w której od czasu do czasu prowadzę prezentacje o Svalbardzie dla grup. Organizujemy tu również warsztaty wyrobu biżuterii, zajęcia jogi, a nawet lekcje różnych tańców.
Planujecie otworzyć wystawę?
Mamy różne wystawy. Zwykle skupiamy się na przygotowaniu ekspozycji dla rezydentów, którzy chcieliby zaprezentować swoją twórczość publiczności. Organizujemy jednak także inne wystawy. Na przykład przez cały kwiecień gościliśmy wystawę z lokalnej szkoły, pokaz zdjęć lisów polarnych, a następnie wystawę zdjęć ostatnich górników. Oczywiście nie zabrakło także ekspozycji poświęconej śmieciom morskim oraz stacji polarnej na Kafføy. Posiadamy sto kilogramów śmieci morskich zebranych podczas ekspedycji Fundacji 4Science. To oczywiście tylko ułamek całej ilości, którą udało im się zebrać — wykonali naprawdę kawał świetnej roboty. Jestem bardzo zadowolona, że możemy wspólnie pokazać to światu. Wśród śmieci znajdują się między innymi sieci rybackie oraz poroża reniferów wraz z czaszkami, które były w nie wplątane. Często u nas coś się zmienia, dlatego zapraszamy do śledzenia naszych wydarzeń na Instagramie i Facebooku.
Renifery są ofiarami ludzkich śmieci.
Chodzą po tundrze w poszukiwaniu jedzenia i wplątują się w sieci rybackie. Jest wiele takich przypadków. Zapewne ssaki morskie mają takie same problemy w morzu.
Z nocą polarną można nauczyć się żyć — wcale nie musi to być aż tak wielkie wyzwanie. Noc polarna jest jak narkotyk — uwydatnia to, co masz w głowie. Bardzo ją lubię, bo daje dużo więcej czasu.
Jak się czujesz w czesie nocy polarnej?
Z nocą polarną można nauczyć się żyć — wcale nie musi to być aż tak wielkie wyzwanie. Noc polarna jest jak narkotyk — uwydatnia to, co masz w głowie. Bardzo ją lubię, bo daje dużo więcej czasu. Wszystko płynie wolniej, można skupić się na hobby, rozwijaniu własnych projektów czy czytaniu książek. Jeśli potrafisz być ze sobą sam na sam i zająć się czymś ciekawym, noc polarna może być naprawdę fajna. Oferuje wiele możliwości, ale trzeba się nauczyć z nią żyć. Warto też pamiętać o przyjmowaniu witamin, regularnej aktywności fizycznej i — mimo ciemności — spędzaniu czasu na świeżym powietrzu. Dobrym pomysłem jest też adopcja psa i codzienne spacery z nim. W grudniu adoptowaliśmy kolejnego staruszka ze schroniska.
Svalbard nie jest wyłącznie cukierkowy. To nie tylko ładne krajobrazy i ciekawe zwierzęta, ale i problemy mieszkańców, biurokracja, polityka.
Nad człowiekiem tu dominuje natura, dlatego często zdarza się, że samoloty są odwoływane z powodu sztormów. Często też zdarza się, że nie dopływa statek z pomidorami czy jajkami. Prawo dyktuje tu natura i trzeba nauczyć się z tym żyć, czasem po prostu odpuścić. Svalbard znajduje się pod jurysdykcją Norwegii, co oznacza, że Norwegowie tworzą prawo obowiązujące na wyspie, choć różni się ono od przepisów kontynentalnej Norwegii. Czasami trudno tu się utrzymać. Kiedyś było łatwiej i bardziej międzynarodowo – wiele rzeczy było bardziej otwartych dla obcokrajowców. Wcześniej można było głosować w lokalnych wyborach, a niektórym narodowościom obecnie zabroniono prowadzić pojazdy. Ceny prądu bardzo wzrosły, ponieważ Norwegowie zdecydowali się przejść na zasilanie dieslem…
No cóż, czasem bywa naprawdę trudno.
Czym jeszcze zajmujesz się na Svalbardzie?
Oprócz prowadzenia Centrum, sporadycznego guidowania, sporadycznego jeżdżenia na taksie czy czasem pracy w browarze, pomagamy również naukowcom. W Hornsundzie byłam meteorologiem i poznałam wielu z nich. Zdarza się, że organizujemy komuś statek, paliwo lub inne drobne rzeczy.
Polska ma całoroczną Stację Polarną Hornsund, ale na Svalbardzie są też cztery inne polskie stacje: Baranówka — wrocławska stacja, stacja lubelska Calipso w Bellsundzie, Petunia — stacja poznańska oraz Kafføyra — toruńska stacja. Pomagamy naukowcom z Tajwanu, którzy prowadzą badania na naprawdę wysokim poziomie. W zeszłym roku byliśmy zaproszeni na otwarcie Tajwańskiego Instytutu Polarnego. Trochę ludzi się tu kręci i zawsze jest coś do roboty. Czasem jest trudno.
Chciałabyś wrócić do nauki?
Myślałam o tym, ale po pierwsze, ciężko byłoby mi wrócić do tematów, którymi zajmowałam się kiedyś. Rozważałam nawet zrobienie postdoca na Tajwanie, ale z drugiej strony po prostu nie mam na to czasu. Tu kręci się sporo ludzi i zawsze jest coś do zrobienia, więc myślę, że skupię się na tym. Wracam do pracy. Dziękuję za rozmowę.
Korekta: Monika Subda
Zdjęcia: Małgorzata Rosiak
Kontynuuj podróż:
- „To kruche środowisko, więc ważne, by o nie dbać”. Khristin Aina Galang Grana i Angie Bardoquillo o życiu na Svalbardzie
- „Nie mogłem przestać myśleć o tym, jak wrócić”. Geolog Jakub Witkowski o wyprawie na Spitsbergen w 1997 roku
- „Żyjemy daleko na północy i często, jeśli potrzebujemy pomocy, zanim otrzymamy ją z kontynentu, możemy liczyć tylko na siebie” – rozmowa z Sysselmannem Svalbardu Kjerstin Askholt



















Świetnie się czytało! Dzięki!