Wyjście z domu w noc polarną wymaga motywacji, ale też hartuje. Zuza Paradowska o świętach na Svalbardzie

Święta na Svalbardzie, czyli pies major w przebraniu mikołaja na tle choinki

Dalsi znajomi już nie dziwią się na mój widok w sklepie. Już nikt nie pyta, czy przyleciałam na chwilę, czy zostaję na dłużej. Wpełzłam ponownie w svalbardzką rzeczywistość i jest tak, jakbym nigdy nie wyjechała

„Najgorszy etap rozłąki już za mną. Mój związek z wyspą jest z powrotem stabilny, nie ma zawirowań. Nie płaczę już w poduszkę, że potrzebuję wyjechać i złapać dystans. Zaparzam poranną kawę, wsłuchując się w awanturę gęsi za oknem, zawieszam wzrok na wzburzonym morzu, a myśli kieruję do wspomnień i do uczuć sprzed wyjazdu. Dlaczego właściwie czułam, że potrzebuję zmiany? Dlaczego tak bardzo się tutaj dusiłam, skoro ta ogromna przestrzeń pozwala mi łapać tak głębokie oddechy jak nigdzie indziej? Mam mnóstwo pytań, a niewiele odpowiedzi.

Nie wiem też, dlaczego nigdy wcześniej nie zwróciłam uwagi na gęsi za oknem. Na stada ptaków przemierzających morza, tylko po to, żeby próbować utrzymać gatunek i powitać swoje potomstwo, wijąc gniazda na arktycznej tundrze. Niektóre gęsi powrócą do domów bez potomstwa, bo tutaj na każdym kroku toczy się walka o przetrwanie. Życie jest tak kruche i krótkie, że nie wiesz, czy jutro nie skończysz z jelitem rozdzieranym przez mewy. A może będziesz oglądać swoje rodzeństwo uciekające przed lisem, który zawzięcie trzyma cię w pysku. I wiesz, że nie puści. Ktoś by pomyślał, brutalne, czemu ona o tym w ogóle wspomina? Mieszkając w wielkim świecie, zapominamy o cyklu życia. A jak o nim zapominamy, to przestajemy doceniać. Nie skupiamy się na tym, żeby kreować jak najwięcej wartościowych minut. To miejsce i jego strata zmienia perspektywę.”

Ten kawałek napisałam latem, kiedy oczy zmęczone były od światła dnia polarnego, kartony w okiennicach zaciemniały pomieszczenia na wieczór, a Svalbard brzmiał jak intensywne życie ptaków. Wybierałam życie na zewnątrz, budowanie wspomnień i doświadczanie zamiast wpatrywania się w ekran, dlatego też nigdy tego tekstu nie dokończyłam.

Zorza polarna noc polarna spotsbergen

Dzisiaj za oknem cisza i ciemność, okna są odsłonięte, lecz żadne naturalne światło nie oświetla pomieszczeń. Siedzę przy przyćmionej lampce, z trzecią kawą, jedyne słyszalne dźwięki z zewnątrz to mocne wiatry, świszczące surowe melodie w czerwone słupki odblaskowe oddzielające drogę od poboczy i rowów. Wyjście z domu w trakcie nocy polarnej wymaga motywacji, ale też hartuje. Wiesz, że musisz, wiesz, że pies musi. Przemarznięcie razem, przewieje wam włosy i sierść. Im bardziej pogoda da wam w kość, tym słodziej smakować będzie wspólny wieczór na kanapie, pod kocem z kubkiem gorącej czekolady. A kiedy wychodzę bez psa, lubię się zatrzymać i w tych wiatrach i śnieżycach i tak po prostu poczuć ten trud, który jednocześnie zapewnia uzależniającą arktyczną adrenalinę.

Ta mała codzienna adrenalina braku kontroli przychodzi z mnóstwem pytań: czy Vitara dziś odpali? Czy szyby ze skutera nie zerwał wiatr? Czy otworzę drzwi bez odśnieżania? Czy ten renifer to na pewno renifer, a nie niedźwiedź? Czy doleci samolot z dostawą jedzenia i czy w sklepie dostanę dziś jajka?

Przychodzi również akceptacja niemożliwości spełniania zachcianek. Rzeczy nie są dostępne w każdym sklepie na dowolnym rogu ulicy. Kapusta? Suszone grzybki? Masa makowa? Jedzenie, które było codziennością, teraz jest rarytasem, który przylatuje z Polski, o ile ktoś życzliwy ma wolne miejsce w walizce. I wiem, że jeśli koncertowo spieprzę tego makowca, będę chrupać zakalec lub nie będę chrupać go wcale przy świątecznym stole, bo nie wyskoczę szybko po zapasową puszkę maku do sklepu. Na Svalbardzie nie kupisz maku, ani kapusty.

I tak już prawie koncertowo schrzaniłam pierogi.

Pierogi ulepione na Spitsbergenie

Należę do grona nieszczęśliwców, którzy nie mogą spożywać tego, co każdy kocha, glutenu. Wszystkie zachwalane mąki bezglutenowe na pierogi są setki kilometrów stąd. Farsz był już gotowy, a ponad kilogram mąki zmarnowany został na próby wyrobienia ciasta idealnego, które spełni moje świąteczne marzenie o pierogach. Mam 32 lata, swoje pierwsze pierogi ulepiłam rok temu. Jeśli polegałabym na własnej cierpliwości i motywacji, nie byłoby pierogów. Ale, to jest Svalbard, indywidualne niepomocne osobniki bardzo szybko się stąd wynoszą, a zostają tylko prawdziwie nieegoistyczne dusze. Moi najbliżsi tutaj ludzie przejęli całą inicjatywę wyrabiania ciasta; kilkanaście prób i wiele błędów, aż w końcu… na powierzchnię wypłynął pierwszy kształtny, okrąglutki i niepopękany pierożek. A zaraz po nim 200 kolejnych. Niby tutaj to opisuję, a jednak brak mi słów, żeby wyrazić to, jaki był to sukces i jak mocno miało to odmienić moje święta. Możliwe, że w wielu kwestiach serce mam jak z lodu, ale często ten lód topnieje pod ciepłym polskim pierożkiem.

Choinka na tle psa majora z czerwoną muszką w Longyearbyen

Pytanie o to, dlaczego nie wracam na święta do domu, padało wielokrotnie. Po pierwsze, dom jest również na Svalbardzie. A po drugie, wszyscy odwiecznie życzą sobie spokojnych świąt. I ja ten spokój i magię odnajduję właśnie tutaj. Nie muszą mnie łączyć z nikim więzy krwi, narodowość ani ojczysty język, żeby wspólnie usiąść do świątecznego stołu. A jaki był nasz świąteczny stół w tym roku? Po pierwsze, jednak schrzaniłam ten makowiec, więc deserowy kącik zasiliły rogaliki à la świętomarcińskie z ciasta z mascarpone i ciasteczka z gorzką czekoladą upieczone z serka wiejskiego. Mistrzostwo kulinarne to niestety nie było, ale moją część przygotowań uratowały pierogi lepione w pocie czoła przez polsko-norweskich towarzyszy.

Jedzenie w Longyearbyen podczas świąt

Na świąteczny stół zawitał pieczony indyk z ziemniakami, norweskie pinnekjøtt (solona jagnięcina) z ziemniakami i wieprzową kiełbasą, szwedzkie pulpety i królewska sałatka gyros. Nie było dzielenia się opłatkiem ani sianka pod obrusem. Żadne z nas nie posiada nawet obrusu. Zabrakło nam również talerzy, więc musieliśmy poprosić gości o to, aby przynieśli zapasowe. Mieliśmy zaplanowane tylko trzy krzesła na pięć osób, ale na szczęście na dwa dni przed kolacją udało nam się kupić dwa dodatkowe na facebookowej grupie z używanymi rzeczami. Nie umyłam okien i nie kupiłam ani jednego wymuszonego prezentu, który nie był przemyślany, potrzebny i od serca. Nie było zasady „bo wypada”. Ktoś przyszedł w koszuli, ktoś w stroju Mikołaja, a ktoś w koszulce. Z głośnika wybrzmiewały świąteczne melodie i teksty po angielsku. Nie obejrzeliśmy świątecznego filmu; zamiast tego graliśmy w quizy, naprawdę dobrze się przy tym bawiąc.

Choinka na Svlbardzie stoi w centrum Longyearbyen ozdobiona świątecznymi światełkami, na niebie zorza polarna

W rogu pokoju stało udekorowane drzewko, ścięte gdzieś na lądzie, pokonało ono morze, zanim ociepliło nasze arktyczne kąty. Kosztowało 350 NOK (125 PLN). Jako dziecko zawsze marzyłam o żywym drzewie; jako dorosła miewałam lata, kiedy za świąteczne dekoracje musiały wystarczyć gałęzie zebrane w lesie, bo na drzewko nie mogłam sobie pozwolić. W świetle tych faktów żywe drzewko na Svalbardzie – wyspie bez drzew, jest istnym cudem.

Zasadniczo życzyliśmy sobie Wesołych Świąt po norwesku (God Jul) i skupiliśmy się na rozmowach o życiu. Rozmowach przerywanych chrumkaniem Majora pod stołem, który hipnotyzował kiełbasy i indyka, żeby spadały z naszych talerzy.

Święta na Svalbardzie i w Longyearbyen

Nie było kąśliwych komentarzy, a sytuacyjne żarty, bo znamy się już od kilku lat i jesteśmy przyjaciółmi. Możemy na siebie liczyć zarówno we wciśnięciu w siebie dodatkowego pierożka jak i w zmuszeniu się wzajemnie do aktywności fizycznej po uczcie. Nie ma niewygodnych pytań o dzieci, śluby, związki, bo świetnie się znamy i wiemy, na czym każde z nas stoi. A wiemy, bo ze sobą rozmawiamy, niemal codziennie.

Za oknem padał śnieg z deszczem. Choć ten deszcz możemy w tym pominąć, nie był widoczny na pierwszy rzut oka i lepiej zapomnieć o tym smutnym fakcie, że w Arktyce było o 11 stopni Celsjusza cieplej niż w Warszawie. Renifery? Były! Pierwsza gwiazdka? Tutaj żadna nie jest pierwsza, bo gwiazdy widoczne są przez całą dobę już od wielu tygodni.

Robiły tło dla zorzy polarnej, która w ten świąteczny czas niemal nie opuszczała nieba i wychylała się zza każdej góry.

Zorza polarna na tle kolorowych domów w Longyearbyen

Nasze nietradycyjne, niekonwencjonalne i dla wielu kontrowersyjne święta to właśnie takie, w których odnajdujemy tutaj magię i radość. To szaleństwo w podejmowaniu własnych decyzji, wbrew temu, czego się od nas oczekuje, daje bardzo dużo energii i siły. Więc jeśli to szaleństwo zupełnie przypadkiem przyprowadzi was za rok na Svalbard, nie zapomnijcie o masie makowej w walizce! Kolejne podejście do makowca już za 12 miesięcy.

Razem z Majorem życzymy Wam wszystkiego, co was uszczęśliwia, odwagi do działania, żeby po to sięgnąć, i odnajdywania magii w tym, co przeżywacie, nawet jeśli teraz nie wydaje się to magiczne.

Zdjęcia: Zuza Paradowska

CZYTAJ DALEJ

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *