„Łatwo tu zapomnieć, że świat jest gdzie indziej”. Recenzja książki „Białe. Zimna wyspa Spitsbergen”

Ilona Wiśniewska, Białe. Zimna wyspa Spitsbergen

Na Spitsbergen przyleciałam pierwszy raz w sierpniu 2009 roku. Wiedziałam, że muszę na północ, a Longyearbyen – największa osada na wyspie – leżało możliwie najdalej – zaczyna swoją opowieść Ilona Wiśniewska. Choć jej książka „Białe. Zimna wyspa Spitsbergen” jest dostępna na rynku od kilku lat, dla mnie ponownie stała się odkryciem. Przeczytałam ją dwukrotnie – pierwszy raz w 2019 roku, kiedy Svalbard jawił mi się jedynie jako odległy archipelag, o którym wiedziałam niewiele; ponownie zaś cztery lata później, gdy udało mi się odwiedzić lodową pustynię osobiście.

Czytanie o miejscu, którego się nie zna, przebiega zupełnie inaczej niż lektura z podróży, którą się odbyło. Niespiesznie opisywane przez Ilonę Wiśniewską sklepy, hotele, kawiarnie, czy domy nie są już jedynie mglistym wyobrażeniem. Nabierają realnych kształtów. Stają się bliskie i znajome.

Podobnie jest z ludźmi, których spotyka na swojej drodze autorka. „Tutaj drogi wszystkich prędzej czy później się przetną. Można tu przecież jechać tylko w prawo albo w lewo, więc jak ktoś się ma znaleźć, to się znajdzie” – napisze w jednym z fragmentów swojego reportażu. Wiem, że to prawda, zwłaszcza czytając o legendarnym kierowcy autobusów Króliku, czy o poecie Leszku, którzy w Longyearbyen są już niemal instytucją, ambasadorami polskości w tym odległym zakątku świata.

Bohaterowie Wiśniewskiej, jak zawsze różnorodni, stanowią intrygującą i niepowtarzalną mieszankę języków, temperamentów i tradycji. Katja przyleciała na daleką północ z Berlina, Patricia z Argentyny, a Silvia z Włoch. Jak większość współczesnych osadników wyspy mają swoje historie do opowiedzenia, a autorka reportażu chętnie oddaje im oraz pozostałym, napotkanym na swojej drodze osobom, głos. W miejscu, gdzie latem jest jasno i mroźnie, a zimą panuje noc polarna, „energię trzeba wyprodukować samemu, zmusić się, żeby było normalnie”. Z pomocą przychodzą wówczas przyjaźnie nawiązane w osadzie. Jak zauważa Wiśniewska, problemem nie jest bowiem ciemność, ale samotność w ciemności.

Norwegowie mają nawet swoje określenie na to upragnione poczucie bezpieczeństwa. Nazywają je kos, a wymawiają „kus”. Oznacza miłość, ciszę, przytulność, dobre towarzystwo. Kos wyklucza samotność i strach. Pozwala zaakceptować daleką północ taką, jaka jest – z całym jej pięknem, ale też wyzwaniami w postaci burz śnieżnych, awanturującego się wiatru i ciemności, która spowalnia wszystko wokół.

Na Spitsbergenie nic nie jest pewne, a każdy kolejny dzień może okazać się niezwykłą przygodą lub poważnym wyzwaniem. „Longyearbyen to nie jest prawdziwy świat i dobrze czasem sobie o tym przypomnieć” – stwierdza autorka. Jej książka „Białe. Zimna wyspa Spitsbergen” to hołd dla niezwykłej krainy, która pomimo swojej surowości, wywiera niezapomniane wrażenie na każdym, kto ma okazję ją odwiedzić.

Kontynuuj podróż:

CZYTAJ DALEJ

1 komentarz

  1. Świetny artykuł. Byłem bardzo zadowolony, że wyszukałem ten wpis. Wielu autorom wydaje się, że mają odpowiednią wiedzę na ten temat, ale niestety tak nie jest. Stąd też moje miłe zaskoczenie. Świetny artykuł. Zdecydowanie będę rekomendował to miejsce i częściej wpadał, aby zobaczyć nowe rzeczy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *